SZARODZIENNOŚĆ
czyli o czym rozmyśla bezrobotny obywatel nie uwikłany w trud rządzenia państwem.

• Demokracja jest najgorszym z możliwych ustrojów, bowiem są to rządy hien nad osłami • Arystoteles •

P
oszła fama wśród kubańskich emigrantów, że Fidel Castro "odłożył łyżkę". Stanowczo temu zaprzeczają oryginalne źródła kubańskie, choć od dawna przywódcy nie widać, a słychać tylko jego pismo, odczytywane przez partyjnych lektorów. Znając obyczaje Związku Radzieckiego należy przypuszczać, że i na Kubie odczekają najpierw trzy dni, by przekonać się, że dyktator nie zmartwychwstanie, a potem zaczną dzielić władzę między siebie i dopiero ogłoszą "tragiczną" dla narodu wiadomość. Termin ogłoszenia zgonu w państwach socrealu zawsze był warunkowany sprawnością urzadzeń chłodniczych, a latoś na Kubie gorąco. Co by się jednak nie stało, należy współczuć narodowi kubańskiemu, bo zamienią gadułę na alkoholika.

Z
abawna ta Rzeczpospolita. W Krakowie fotel prezydenta miasta obejmie ten, kto pierwszy sprowadzi słonia do miejscowego ZOO. Kilka dni temu padła największa trąba Krakowa i miasto pogrążyło się w żałobie. Smutek z twarzy Krakowian może zdjąć tylko nowy egzemplarz i redakcja jest ponoć zadzwoniona na amen z prośbami o jak najszybsze uzupełnienie straty. Zdobycie słonia w dzisiejszych czasach, to wyzwanie na miarę budowy Nowej Huty i okazuje się, że właśnie owa Huta może pomóc, bo jej właścicielem jest Hindus. A jak Hindus, to oznacza, że posiada wpływy wśród indyjskich słoni. I tak dochodzimy do problemu naukowego "Wpływ polskiej stali na migrację zarobkową słoni we współczesnym świecie". A co będzie jak smok wawelski przestanie zionąć ogniem? "Wpływ polskiej stali na przepływ rosyjskiego gazu" nie został jeszcze zbadany, a i nasi politycy chyba nie mają znajomości na Syberii. Tu pomóc może tylko były "prezio" RP.

N
o i "mata co chcieliśta". Poszczególne państwa w Unii Europejskiej, Bruksela trzyma za mordę mocniej, niż rząd w Waszyngtonie poszczególne stany. Nie jestem wrogiem UE, bo praca jej urzędów podoba mi się bardziej niż naszych, ale nie podoba mi się natrętne wtrącanie się w wewnętrzne sprawy Polski. Problem wprowadzenia kary śmierci w Polsce jest postrzegany przez Brukselę jako niezgodny z "europejskimi wartościami", czyli krótko mówiąc jest to wyraźne ostrzeżenie dla Polaków - "przestańcie o tym nawet myśleć, bo będziecie mieli kłopoty" (z pewnością finansowe). Albo inaczej - nie myślcie sobie, że wam wszystko wolno. Nie po to wstępowaliście do wspólnoty, by mieć swoje fanaberie. Wy zarejestrujcie lepiej oberka i kujawiaka jako polskie dobro, bo niedługo będziecie płacić tantiemy do Brukseli za ich wykonywanie. Jednym z doskonałych elementów straszenia są "europejskie wartości", pod którymi tak naprawdę nie wiadomo, co się ukrywa. Patrząc na rdzeń federacji można się domyslać, które państwo je wniosło. Zapomina się jednak, że wniesiono je dopiero po intensywnej eksploatacji setek gilotyn, które ścięły wszystkie myślące tam głowy. Nawet zburzenie Bastylii jest wielką mitologią, wykreowaną przez tych "z wartościami" i przede wszystkim na własny użytek. Jak z tego widać nad podstawami "europejskich wartości" pracowały "najtęższe" umysły, ale tylko z "ciemiężonego ludu", czyli krótko mówiąc pospolita miernota. Czy Bruksela chce, by w przyszłości rządy w Polsce objęli ci, którzy dziś "kiblują" w dożywotnich przechowalniach? Jest to możliwe, bo niedługo przy takiej "pronarodowej" polityce w Polsce, jedynymi zdolnymi do objęcia władzy będą tylko wypasieni na więziennym wikcie.

K
to zdewastował cmentarz wojenny w Przemyślu? Okazało się, że małolaty. Trzy dziewczynki pod wodzą chłopczyka. Średnia wieku "silnej grupy", to 10,75 roku. Jedynym powodem było to, że krzyże dawały się łatwo przewracać, więc zorganizowano zawody. Prasa nie podaje, kto został mistrzem. Teraz wymagana jest ogólnopaństwowa dyskusja, kogo i jak ukarać. Ja proponuje ukarać tego, co tak nędznie umocował krzyże, bo szczeniaki i tak nie zdają sobie sprawy z tego, co zrobiły.

A
gencja Reutera podała, że "Iran zwolnił z aresztu domowego syna Osamy bin Ladena". Według agencji "Syn przywódcy Al-Kaidy ma zostać wysłany na pogranicze syryjsko-libańskie, gdzie ma tworzyć komórki terrorystyczne. W przyszłości mają one pomagać Hezbollahowi w czasie walk z wojskami Izraela". Może to jednak "ludzki" odruch umożliwiający synowi odwiedzić chorego ojca i przy okazji uzyskać namaszczenie na nowego przywódcę? Kto śledzi przebieg wydarzeń na Bliskim Wschodzie może zauważyć, że grupy bojowników rozpoczynają ścisłą współpracę, a koordynatorem działań zaczyna być Iran. Bezpańska jak dotąd Al-Kaida uzyskała państwowy protektorat Iranu, który umożliwia kolejny krok na drodze do spełnienia przepowiedni "o arabskiej nodze na chrześcijańskim Rzymie". Jak w przyszłości zachowa się muzułmańska Turcja, wyszkolona i uzbrojona przez NATO?

W
ojny polsko-rosyjskiej o ropę ciąg dalszy. Rurociąg dostarczający ropę syberyjską na Litwę uszkodził się gdzieś na styku Łukaszenko-Putin i prawdopodobnie z przyczyn "naturalnych". Naprawa uszkodzenia, jak zapewnia strona rosyjska, potrwa tylko... około roku. Wymieniona rura prowadzi do jedynej na Litwie rafinerii w Możejkach i Litwa mówi wyraźnie o politycznym podtekście awarii, a czemu gwałtownie zaprzeczają czerwoni. A gdzie tu Polska? Nie zapominajmy, że niedawno pakiet większościowy Możejek wykupił polski "wsiorlen". Pozornym zamachem w stronę Litwy ręka Rosji wylądowała na polskiej gębie. Jest to dalszy ciąg rosyjskiej zemsty politycznej za to, że nie zdołali opanować polskich spółek paliwowych. Przeszkodziła w tym zmiana na polskiej scenie politycznej, a w szczególności zmiana prezydenta.

N
ie mogę się wprost nadziwić, ile geniuszy zasiada zawsze w ławach opozycji. A jakie genialne pomysły. Przy każdej polskiej opozycji, każdy rząd wychodzi na durnia, który nie potrafi nic zrobić. Wychodzi na to, że pod Sejmem przebiegają jakieś dwie żyły. Pod ławami rządowymi jest jakaś żyła utrudniająca koncentrację, natomiast dupska opozycji zawsze zwisają nad żyłą o wielkiej energii intelektualnej. Szef partii arbuzów, ten który tak lubi zdjęcia w mundurze sikawkowego generała, zarzuca rządowemu koledze po fachu, że ten żeruje na ludzkiej biedzie i kombinuje bez przerwy komu zabrać by rolnikom dodać. A coś ty, szefie partii, zrobił dla rolnictwa siedząc na rządowym stołku? Poza tym, żeś załatwił sobie ciepłą posadkę, jakoś nie widać, by twej braci rolniczej wtedy coś się polepszyło. Za to twoje arbuzy takie ładne i wyrośnięte. Albo ten, co jeszcze ani razu nie zdołał porządzić. Jaki wielki specjalista od szkolnictwa i lustracji. Co on by nie zrobił, gdyby mógł. Ale nie może i chyba lepiej dla Polski. A w armii wraca "nowe". Ma być z powrotem "szkolenie wychowawcze" i o 19.30 kolektywne oglądanie "Wiadomości". I po co to likwidowano, jak można było tylko zmienić podręczniki i wykładowców? Jakoś nikt nie może zrozumieć, że morale wojska zawsze zależało od rodziny i szkoły, a nie od służbowej resocjalizacji. Co tu zresztą można nauczyć przez parę miesięcy? Jak wojsko zrobi człowieka wielkim patriotą, to nie będzie umiał strzelać, a jak wyjdzie strzelcem wyborowym, to będzie miał trudności z identyfikacją "swój-obcy". Jak zawsze, kadencyjne cztery latka zlecą na totalnej niemocy i poobijanych wargach od płomiennych przemówień. Może jednak wpuścić radiestetów na Wiejską. Niech zbadają te "tajemnicze żyły". I niech ktoś sprawdzi, co jest w tej szklance na mównicy.

W
roku 1976 w Radomiu doszło do pierwszych robotniczych protestów, za które wielu przypłaciło życiem i zdrowiem. Było to więc dokładnie 31 lat temu. Dzisiaj w Polsce oprawcy żyją jak paniska, a ofiary przymierają głodem. Z tysięcy protestujących z Radomia, Ursusa i Płocka wojewoda mazowiecki doliczył się zaledwie 500 osób i postanowił ich wynagrodzić za wolnościowy zryw. Zebrał aż pół miliona złotych, które równo podzielił na odnalezionych. 31 lat biedy i poniżenia wycenił po 1000 PLN na głowę i jest z siebie bardzo zadowolony. Żeby nie było zbyt prosto, każdy walczący wtedy o dzisiejszą "wolność i demokrację", musi złożyć stosowne papiery i po szczegółowej weryfikacji, już za dwa miesiące może się załapie na "nagrodę". Za te 1000 zł., po odliczeniu podatku, opłaceniu najpilniejszych potrzeb, za resztę każdy kupi sobie "Gazetę Wyborczą" i poczyta sobie, jak w Polsce jest dobrze, jak dobrze ma rząd, posłowie, senatorowie i inne hieny przy korycie. I będą szczęśliwi i zadowoleni jak... nie wiem co. Nagroda czy żebracza jałmużna? Sprawiedliwość czy kpiny z ludzi? Za Polskę poświęcili zdrowie i taka zapłata? Rząd woli pomagać potrzebującym za granicą, bo to ponoć podnosi mu prestiż. Co tam głodujący Polacy, niedługo i tak pomrą i problem sam się rozwiąże.

U
rząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego ogłosił przetarg na dostawę 1410 żywych zajęcy, po równo samców i samic. Zające mają zostać wypuszczone do wielkopolskich lasów i podnieść ich atrakcyjność dla myśliwych. Ciekawa oferta. Pomijając już gatunek "zająca leśnego", zastanawia mnie liczba 1410. Urzędnicy tłumaczą, że niby tyle zajęcy wyszło z dzielenia pieniędzy, ale wiadomo że każdy urzędnik mataczenie ma w jednym palcu. Jednak coś w tym musi być. Grunwald z pewnością nie, bo Wielkopolska ma świeższe tradycje powstańcze, gdzie też łomotała Krzyżaków, tyle że późniejszych. Czy przypadkiem nie jest to szyfr rzucony na całą Polskę - przybywajcie potrzebujemy fachowców? 1410 kojarzy się zawsze z Grunwaldem, ale w gwarze ludowej krąży też słowo "grunwaldówka", a tu już blisko - 1 kg cukru, 4 litry wody i 10 deka drożdży. Ciekawe, czy nasza ABW już to rozszyfrowała?

P
omaleńku zaczyna rozjaśniać się w Polskim Związku Piłki Nożnej. Nasz "prawdziwek" wyglądający na zdrowego okazuje się być strasznie zarobaczony, a skąd robale można się domyśleć. Sam prezes nie był wcale dyrygentem, bo jego ręką machała inna ręka, a i partytury dostawał gotowe. Pan prezes był tylko odpowiedzialny za trzymanie kurtyny, by nikt niepowołany nie zaglądał za kulisy. Jego wywiady też wyglądały w stylu "gadała dupa z panem", bo reporterzy uparcie zadawali jedne pytania, a pan prezes uparcie odpowiadał na inne. Bileciki na Mundial też niby miał rozprowadzać PZPN, ale już wiadomo że dystrybucję przekazał dla starszego związku - PZSB. To może teraz należałoby sprawdzić, dlaczego tak niespodziewanie stracił lotność nasz Mały sz(ybowiec)?

K
tóry bank w Polsce udziela kredytu w wysokości 20 tysięcy zł., na 2 lata i na 4%?. Otóż jest to bank dla wybranych, a nazywa się Sejm Bank Sp.zoo (z ograniczeniem okrągłostołowym) przy ul. Wiejskiej w Warszawie. Niestety, jest to bank wydzielony tylko dla specjalnej grupy, której imienną listę zatwierdzamy my wszyscy co cztery lata. W artykule można przeczytać kto, ile i na co bierze kredyty. Są to faktycznie drobiazgi - kafelki do łazienki za jedyne 15 tysięcy, tyle samo na nowy piecyk do grzania i tyle samo na załatanie małej dziury w dachu. W jednej kadencji każdy poseł może wziąć dwa takie kredyty, a niektórzy tak się przyzwyczaili, że przy banku siedzą całymi latami. Teraz już wiadomo, że warto kupić miejsce na liście wyborczej, bo można szybko spłacić i jeszcze zostanie. Warto też poświęcić parę złotych na długopisy, by móc podrobić te parę tysięcy podpisów, bo wróci się z nawiązką, a pierwszy wyrok i tak za dwie kadencje albo wcale.

N
ie smuć się przeciętny obywatelu. GUS - państwowy urząd, który stale patrzy na wysokość twojej pensji oraz skrupulatnie oblicza ile i na co wydajesz, ogłosił w "naszych" gazetach, że "coraz mniej pieniędzy zostawiamy w sklepach, bo jest coraz taniej. A na dodatek możemy sobie pozwolić na więcej, bo więcej zarabiamy. Jeszcze nigdy nie było tak dobrze. Nie dość, że bezrobocie systematycznie spada, pensja statystycznego Polaka rośnie, to jeszcze zaczęły spadać ceny. W ostatnich miesiącach potaniała żywność, napoje, usługi telekomunikacyjne i używane samochody, ale w największym stopniu ubrania i buty". To nic, że akurat ty jesteś coraz biedniejszy, bo statystycznie jesteś bogatszy. A może jesteś bezrobotny i mieszkasz w górach? Państwo ma dla ciebie pracę - możesz sezonowo skrobać ryby nad morzem. Wsiadaj w pociąg i przyczynisz się do dalszego spadku bezrobocia. Nie masz nawet na bilet? No to twoja wina, bo państwo daje ci pracę, a ty ją odrzucasz. Dlatego państwo nie zwiększy wysokości zapomóg, ale zwiększy ci podatek. Przeżyjesz, bo ceny poszły w dół, a szczególnie urządzeń elektronicznych i podobnych artykułów niezbędnych do życia. Aha... staniały jeszcze lokomotywy elektryczne i blacha ocynkowana.

O
rgan prasowy Okrągłego Stołu donosi, że "11 sierpnia warszawski sąd okręgowy ogłosi wyrok w procesie o zniesławienie, który Adam Michnik wytoczył byłej asystentce Włodzimierza Cimoszewicza Annie Jaruckiej". Pani Jarucka to ta, która zaliczyła naczelnego OPOS-a do grupy "trzymającej władzę" i zniszczyła karierę jednemu "czerwonemu kapturkowi", co ponoć miał mieć "czyste ręce". Ja cały czas się zastanawiam, skąd naczelny organu wiedział, kiedy i ile magnetofonów ma włączyć, bo ukrył je w takich miejscach, że nie szło ich włączyć bez zwrócenia uwagi posłańca. Dlatego nie ulega wątpliwości, że naczelny musiał mieć "cynk", iż będzie miał ważnego gościa i że ten właściwy będzie "zalatywał wanilią". Z tego też może wynikać, że w ogólnej GTW działała GTW-1 w opozycji do GTW-2. Czyli nie wiadomo o co chodzi, a jak nie wiadomo o co chodzi, to zwykle chodzi o pięniadze i być może ta druga GTW była bogatsza w dolary od tej pierwszej. Teraz należy odnaleźć TW naczelnego i stanie się światłość. Naczelny najchętniej zażywał "enerdżajzerów" z księciem Leszkiem III Czerwonym, swoim bratem od serca, więc może to ciepły trop. Ślinienie obu panów oglądała cała Polska na fotkach i aż dziwne, że LPR się tym nie zainteresowała. A pani Jarucka? No cóż, kobitka powiedziała prawdę, ale który sąd jej uwierzy?

L
iban ponownie w ogniu wojny i ponownie pod ogniem Izraela. Tym razem celem jest palestyński Hezbollah (przedtem był Al-Fatah), ale w przeważającej części giną obywatele Libanu, raczej wcale nie zainteresowani konfliktem. To małe państewko znalazło się w ogniu w wyniku polityki i to wcale nie Izraela. W rejonie starły się jednocześnie interesy USA, Rosji i Unii Europejskiej. Sam Izrael jest tam tylko ręką trzymającą granat i do tego niekoszerny. Rosja wspiera Iran (oczywiście nieoficjalnie) autorytetem oraz najnowszymi technologiami i aroganckie zachowanie się rządu irańskiego wynika właśnie z tego protektoratu. USA interesuje przede wszystkim bliskowschodnia ropa naftowa, bo swoją zacznie eksploatować dopiero gdzieś w okolicach 2014 roku, a Wenezuela już jest gotowa zakręcić kurek (po to kupiła broń w Rosji za 3 miliardy dolarów). Ropa ta interesuje także Unię Europejską, bo rosyjski partner jest nad wyraz kapryśny i w przypadku drobnego nawet "zatarcia" (np. z Polską) jest w stanie pozbawić Europę tego surowca. Asem w tej grze jest Hezbollah. USA i oczywiście Izrael uznają tą organizację za terrorystyczną, co oznacza, że wojna z nim nie podlega prawu międzynarodowemu. Po drugiej stronie jest UE i Rosja, które w zasadzie uznają Hezbollach za partyzantkę narodowo-wyzwoleńczą (a to za sprawą zażyłości trzech panów - Putina, Chiraca i do niedawna Schroedera) i oczywiście stanowi to przeciwwagę dla USA. A Izrael? "Washington Post" napisał - "Przywódcy Izraela zdają się nie rozumieć, że porażka w Libanie mogłaby doprowadzić do ruiny ich stosunki z USA", a to już jest wyraźna groźba i to nie USA, ale amerykańskich "Mędrców Syjonu" pod adresem Izraela, że światowy syjonizm może "przymknąć oczy" na drugi holokaust, tym razem rękami Arabów. A Liban? Liban jest tak mało znaczącym pionkiem, że nikt nie zauważy jego zniknięcia z szachownicy. A za kim jest Polska? Łódź zaprosiła do siebie Izraelczyków ze zniszczonych miejscowości i niemal natychmiast dodała, że może też zaprosić Libańczyków. Może, ale nie musi.

C
zym się dziś zajmują politycy? Pierwszy sikawkowy RP zarzuca rządzącej partii popełnienie plagiatu w hasłach wyborczych. Stronnictwo arbuzów na transparencie z 2005 r. miało wypisane "PSL blisko ludzi", natomiast ci drudzy wypisali sobie teraz "PiS bliżej ludzi". Zwykli ludzie też muszą uważać i by nie zostać posądzonym o plagiat, należy uważać jak zamawia się towar w sklepie. Gdy ktoś przed nami powie "Proszę papier toaletowy", my natychmiast musimy powiedzieć inaczej, czyli "Proszę o czyścik do odbytu".

P
polska scena polityczna działa już od dawna na zasadzie drożdży i rozrasta się tylko przez pączkowanie. Wyglada to tak, że na wierzchu wyrasta jakiś wrzód, zmienia kolor, pęcznieje i nagle "pyk" - mamy nową partię. Dawna Unia Wolności, której wódz namiętnie i wszędzie puszczał "zajączki" (takie coś a'la "führer", tylko paluszki inaczej) do ludu i zagranicy, była od początku "unią" ale nie wolności tylko narodów, gdzie prym wiódł i wiedzie "naród wybrany". Ta partia wydała najwiecej tzw. "businesssmanów", "polityków" i innych cwaniaczków, którzy po "obłowieniu się" opuścili jej szeregi tak skutecznie, aż partia była zmuszona zmienić i przewodniczącego i nazwę. Po wielu perturbacjach z kolorami i nazwaniem samych siebie, przyjęła nazwę "demokraci", co niektórzy odczytują jako "de(r)mokraci", bo skórka jej bardzo poczerwieniała, szczególnie po przyjęciu zbiegów z plemienia "czerwonych kapturków". Dzisiaj partię tę "rozdzierają" dyskusje, czy bliżej im do Partii Obrażonych czy do "czerwonych kapturków", ale ponieważ liderzy PO nie po to uciekli z "Unii" by wracać, więc kierunek zbliżenia jest jasny. No i ten głupi naród, który nie chce na nich głosować, przez co nie mogą przekroczyć zaczarowanego 1% poparcia. Ilu ludzi przewinęło się przez tę "Unię" trudno zliczyć, ale jedno co pewne, to fakt, że nie ma w Polsce prawie żadnej partii, która w swym trzonie nie posiadałaby członków tej "partii-matki". Otóż rzeczona partia wydała następny klon w postaci "Forum Liberalnego", co jako żywo przypomina pamiętne "Katowickie Forum Partyjne". Ponoć powodem "wypączkowania" jest odejście kierownictwa od ideologii i wysoki stopień zachwaszczenia, który nie pozwala na wybicie się szlachetniejszych roślinek. Co będzie pokaże czas, ale dla Polaków to nic innego, jak nowa grządka do podlewania, na której i tak nic nie wyrośnie. Samej partii nie ma co żałować, bo od dawna pełza po dnie i wyżej nie podpłynie. Ot, drobna kłótnia w rodzinie, gdzie nie potrzeba nawet interwencji policji, bo wywołana tylko po to, by sąsiedzi usłyszeli, że jeszcze ktoś tam oddycha. Na marginesie - w Polsce istnieje tylko jedno ugrupowanie nie zmieniające zdania. Jest to ugrupowanie mniejszości niemieckiej, ale widać za malutkie, by brać z niego przykład.

M
ecz "Zyta-esbecja" trwa nadal i na razie prowadzi Zyta. Zeznania pięciu esbeków pokazują, że nawet tam nie było tak czysto i wzorowo. Już się dowiedzieliśmy, że werbunkowy od Zyty był człowiekiem mało odważnym i mało inteligentnym i to, co opowiada nie ma nic wspólnego z wzorowym aparatem, który taki szwindel musiałby wykryć. Ponadto większość aparatu cierpi dziś na "alzheimera" i bez ściągi nic się nie da powiedzieć na pewno, a większość "ściąg" przeszła przez szatkownice i ogień albo została ukryta w nieoficjalnym, ponadnarodowym IPN-ie, o którym większość nie ma pojęcia gdzie się znajduje. Pan premier raczej kurtuazyjnie rozchylił ręce w oczekiwaniu na powrót Zyty, bo prędzej ręce mu zdrętwieją niż Zyta wróci. Zresztą gdzie ma wracać? Placówka obsadzona, a utworzenie nowej funkcji w randze ministra nie wchodzi w rachubę ze względów programowych. Owszem, Zyta mogłaby zostać np. koordynatorem "posunięć gospodarczych" w randze ministra, gdzie podlegały by jej finanse, skarb i gospodarka, ale wtedy ministrów należałoby zdegradować do rangi wiceministrów lub sekretarzy stanu, co oznacza natychmiastowy odpływ "fachowców", bo oni przyszli nie do pracy, tylko na stanowiska. Można także wykorzystać fakt, że nowy minister finansów jest cokolwiek za bogaty jak na ministra i po paru artykułach prasowych pożegnać go, co zwolniłoby stanowisko, ale na to może być za późno, bo Zyta wcześniej usłyszy wyrok. Zresztą zeznania piątego "cichociemnego" już wprowadzają niepewność, co do wedyktu. Woda niby krystalicznie czysta, ale popatrz pan jakiś paproch pływa.

G
azeta zwana "Rzepą" donosi - "SB otrzymywała informacje od ludzi, którzy mieli bezpośredni dostęp do najwyższych hierarchów polskiego Kościoła, Lecha Wałęsy oraz najważniejszych spraw opozycji w latach 80. Jednym z nich był "Delegat" [...] Może on sam opowie jak było?". Zacznijmy może od tego, że w służbach specjalnych zatrudniano także zwyczajnych ludzi o dość wysokim poziomie inteligencji i zapewne z dużym poczuciem humoru także. Jeśli TW nie mógł się zdecydować jak siebie nazwać, bo z reguły chciał być "J23", "Stirlitzem" albo "Kobrą" (a te zwykle były zajęte), więc prowadzący brał sprawę w swoje ręce i "ksywę" nadawał sam. Mając przed sobą mało rozgarniętego, ale ambitnego kandydata na agenta i widząc, że jest cienki jak..., to właściwie do głowy przychodził mu tylko jeden pomysł. Inaczej rzecz się miała z kadrowymi pracownikami, gdzie nie wypadało naśmiewać się z przypadłości, więc tu w grę wchodził charakter wykonywanego zadania. Jeśli kogoś nazwano "delegatem", to musiał być czynnik terenu jako pracy, odosobnienie od agencji i ważność misji (podobnie jak dawnych "delegatów" na zjazd). A kto w otoczeniu pierwszego niekomunistycznego (hehehe) prezydenta robił wrażenie pracownika w delegacji? Kto, gdy późniejszy "pierwszy" sypiał samotnie na styropianie w państwowych ośrodkach wczasowych, opiekował się czule jego rodziną jakby "z ramienia"? Kto z otoczenia "pierwszego" zajmował funkcję nie wymagającą prawie żadnej wiedzy, a pomimo to został ministrem? Kto zamiast pracować dla kraju, wypuszczał się na częste i dalekie "delegacje" na polskich jachtach? Droga "Rzepo - "on sam nie opowie jak było", bo on jest związany przysięgą na śmierć i życie, a w jego organizacji to drugie jest ściśle związane z tą pierwszą i przeważnie gwałtowną.

P
olska policja odniosła kolejny wielki sukces. Po trzech miesiącach zatrzymała faceta, który młodemu, lewicowemu anarchiście zrobił "17 września", czyli wbił mu nóż w plecy. Są też absolutnie pewni, że operacja wbicia niebezpiecznego narzędzia, nie była inspirowana internetową stroną "Krew i Honor". W takim razie, po co było marnować siły i środki (swoje i amerykańskie), na tropienie i zamykanie jej? Stronie zrobiono przy okazji taką reklamę, że dziś bukmacherzy przyjmują zakłady już nie na "czy się w ogóle ukaże" tylko "za ile dni ukaże się ponownie". Sama rozprawa też może być ciekawa, bo nie chodzi już o sam czyn, ale jego kwalifikację, co z jednej strony ma wpływ na wysokość wyroku, a z drugiej (co chyba najważniejsze) - na stwierdzenie, czy w Polsce jest nacjonalizm i rasizm czy ich nie ma. Rząd, ministerstwo i policja już odrobiły lekcje i teraz tak należy przypilnować powoda i oskarżonego, by nie palnęli głupstwa w sądzie. Kiedyś na pytanie Amerykanina - "dlaczego u was w komunie jest tak biednie", każdy patriota odpowiadał - "ale u nas Murzynów nie biją". Dzisiaj jest jeszcze biedniej i tym bardziej "nie możemy bić Murzynów".

P
olskie partie polityczne zmieniają taktykę działania. Pierwszego wyłomu dokonało PiS, stwierdzając, że - "dopóki Platforma Obywatelska nie ukarze polityków bezpodstawnie oskarżających PiS, jego partia nie wyciągnie konsekwencji wobec posła PiS Jacka Kurskiego. Premier zaznaczył, że nawet jeśli pomylił się on w sprawie tzw. afery billboardowej to włos mu z głowy nie spadnie". Oglądając potyczki partyjne, można było ostatnio podziwiać typowo polską dyscyplinę "sportową" polegającą na spluwaniu w przeciwnika na zasadzie "trafiony-zatopiony". Wszystko było dobrze, każdy opluwał każdego i śliny nie brakowało, dopóki ktoś się nie zorientował, że ta z pozoru niewinna gra, może wyrządzać znaczne szkody kadrowe (patrz opowiadanie - "Jak to z Zytą było"), a przy małych stanach osobowych jest nawet w stanie zmieść partię z wyborczej powierzchni. Postanowiono zmienić warunki gry i zamierza się wprowadzić definicję śliny "prawdziwej" i "nieprawdziwej". Kiedyś opluty stawał się od razu skażony i wylatywał do izolatki, ale teraz ślina ma zostać zebrana i przekazana do analizy. Jeśli ślina jest "prawdziwa" - zawodnik opluty wypada z gry, a jeżeli ślina jest "nieprawdziwa", z gry ma wypadać zawodnik plujący. Ciekawe, czy nowe reguły nie zdyskwalifikują teraz mistrza krajowego, z "cywila" specjalistę od muchówek (rzecz bardzo przydatna w rządzeniu krajem), który pluł i pluje na każdego, z każdej pozycji i pod każdym kątem? A wszystko zaczęło się od niewinnego pytania, czy reklama "stop wariatom drogowym" odnosiła się do PO, czy do innej partii.

N
asz pierwszy niekomunistyczny (hehehe) prezydent wie, kto był "Delegatem". Wyrazić się raczył - "Ja jestem starym politykiem, więc proszę mnie nie podchodzić, ja się w to nie bawię. Ja kierowałem tą walką. Dramat mój polegał wtedy i teraz, że ja nie wszystko mogłem mówić i dzisiaj nie mogę powiedzieć". Ja doskonale rozumiem pana prezydenta. Nie zawsze jest "nie chcem, ale muszem", bo czasem musi być "nie chcem i nie muszem". Nasz "monsz" stanu dodał jeszcze - "Ja poważnie walczyłem z komunizmem i stałem na czele tej walki, więc gdyby nie było agentów w pobliżu to bym był niezadowolony, czuł się niedoceniony, zlekceważony". No i agenci musieli być, bo tak chciał prezydent, ale ich nie zdradzi, bo doskonale wie, co to jest "dintojra". A swoją drogą, jak prezydent był "niezadowolony" i "niedoceniony" - to jak, przez kogo i komu zgłaszał zapotrzebowanie na agentów?

N
o i proszę, co znaczy mocne huknięcie w stół. Już drugie "nożyczki" wiedzą, ale nie powiedzą. Były działacz wałęsowskiej Solidarności (akurat był sekretarzem delegacji w tej inwigilowanej wizycie u papieża), który potem skomplikowanymi ścieżkami odnalazł swoje ideały w wiosce "czerwonych kapturków", domyśla się kto jest "Delegatem", ale nie powie, bo należy do zaciekłych wrogów lustracji. Jego zdaniem "jedynymi prawdziwymi zwolennikami lustracji w Polsce są Federacja Rosyjska i gawiedź", czyli inaczej hołota, a jeszcze inaczej - my, zwykli obywatele. Kiedyś głośno było o tym panu przy okazji sprawy toruńskiej "Elany", no ale nie po to błyskawicznie zmienia się światopogląd, by zostać unurzanym jak sam orzekł - "w świństwach przeszłości". A jak pamiętam, wtedy protektorat był u władzy i sprawa "Elany" rozpłynęła się w czerwonawej mgle, a właściwie w natłoku prac komisji sejmowej. Z ust jego wiemy tylko, że "Delegat" był osobą o "dość marnej właściwości". Co to oznacza, nie wiadomo.

W
naszej kochanej Polsce, sądy powszechne nie mają nic ważniejszego do roboty, jak tylko zajmować się urażonymi "wybrańcami narodu". Poseł może być głupi jak but z lewej nogi, ale nie można tego powiedzieć wprost, bo poseł poczuje się urażony, a ponieważ chroni go tarcza osłaniająca głupotę, czyli immunitet, więc poseł nie robi nic innego, jak tylko zgłasza do sądu naruszenie tzw, dóbr osobistych. Ponieważ głupota jest najwyższym dobrem osobistym posła, więc sąd nie ma innego wyboru jak tylko otworzyć przewód, bo musi głupiego ochraniać, gdyż wiadomo, że poseł "z urzędu" nie może być głupi. Przekonał się o tym były naczelny "SE", który o pewnej posłance napisał, że "babsztyl łże bez wstydu". Z notek prasowych faktycznie wynika, że powódka szeroko minęła się z prawdą, ale rzecz poszła nie o mówienie prawdy, tylko o nazwanie posłanki "babsztylem", czego żadna polska patriotka, żona, matka i kochanka, żeby nie wiem jak piękna, nigdy nie popuści. I tak, zamiast sądzić bandziorów i złodziei, polskie sądy rozgrywają tylko "mecze o honor". Przypomina mi to skargę żołnierza do kwatermistrza: "Obywatelu majorze, szef kuchni powiedział do mnie żebym spier..., bo mi przypier... warząchwią. Zgadzam się z wami szeregowy - odpowiedział major - szef kuchni nie powiniem tak mówić. Powinien powiedzieć - "nalewką". Może polskie sądy zaczęłyby się uczyć od zwykłego kwatermistrza?

P
o co zwykłemu Polakowi suseł moręgowy? Jeść tego nie idzie, na smyczy nie da się prowadzić, ale za to kopie nory i wytwarza metan powiekszając tym samym efekt cieplarniany. Najpierw zniszczono mu środowisko naturalne, wpędzono do ZOO, a teraz w ramach przeprosin wypuszczono go na stare lotnisko i niech se bida żyje. Sprawa wymierania gatunków jest stara jak świat, ale człowiek nie chce zrozumieć takiego stanu rzeczy i za wszelką cene usiłuje ratować ginące i nikomu nie potrzebne populacje. Co ciekawe, umyka mu przy tym najważniejszy bodaj problem - wymieranie człowieka. Może ktoś pomyśli, że jestem nieczuły na przyrodę. Otóż jestem, ale bez przesady. Kto bowiem zaopiekuje się susłem moręgowym jak umrze ostatni członek Ligi Ochrony Przyrody? Sprawa ma także drugie dno. Niech ktoś za parę lat spróbuje uruchomić to stare lotnisko. Dolina Rospudy przy tym, będzie małym pryszczem. A propos - usłyszałem w radiu doskonałe hasło dla obrońców przyrody - "Chrońmy lasy - jedzmy bobry".

P
anie Prezydencie i panie Premierze - uczcie się, jak dba się o prestiż państwa na arenie międzynarodowej. Premier Izraela nie waha się użyć ostrych słów - "przestańcie nas pouczać, jak mamy prowadzić wojnę". Tak zwrócił się do państw zachodnich w odpowiedzi na krytykę. Przykład może nie na miejscu, ale tak się dba o interesy kraju. Wy też możecie powiedzieć Unii Europejskiej, by nie wchodziła z butami do cudzego łóżka.

O
siemnastoletnie rządy "narodu wybranego" doprowadziły niepodległą i suwerenną Polskę do "rozkwitu" - "Prawie pięć milionów Polaków żyje w skrajnej nędzy. Od 10 lat liczba tych, którzy żyją w naszym kraju poniżej tak zwanego minimum egzystencji - stale rośnie. To minimum dla kilkuosobowej rodziny wynosi 260 złotych na jedną osobę miesięcznie. Nawet tyle nie ma na życie 12% ludzi w Polsce. (Polsat)". Po mojemu, to się nazywa - skurwysynizm. Budzić Piłsudskiego i zaczynamy od nowa.

T
ylko osiemnastu lat potrzeba było na rozpieprzenie tego, co Polacy budowali lat dziewięćdziesiąt czyli Polskich Kolei Państwowych. Miało jeździć włoskie "Pendolino" a po torach dalej rzęzi nasze "Pierdolino". Ludzie nie mają czym dojeżdżać do pracy, wsie i miasteczka upadają i pustoszeją. Komu na tym zależało? Polakom? Potworzono mniejsze "spółki", żeby efektywniej pracować czy efektywniej kraść? Zamiast zorganizować kolejowy tranzyt Tir-ów przez Polskę, lepiej jest wozić powietrze i "uziemiać" ciężarówki, by nie "zwijały" polskiego asfaltu. Polsko, schodzisz na psy i nie ma nawet komu dać w mordę, bo złodzieje już siedzą za granicą i judaszowe srebrniki wybierają z obcych kont. Jeszcze rok, dwa i widok lokomotywy będzie taką samą sensacją, jak za kolei Warszawsko-Wiedeńskiej.

P
olska oddała Niemcom bezcenne akta dokumentujące zbrodnie wojenne i może ich nigdy nie odzyskać. "Czy można sobie wyobrazić, że polski wymiar sprawiedliwości gromadzi dowody zbrodni katyńskiej, a potem wszystkie oryginały oddaje Rosjanom? A tak się właśnie stało z wieloma kluczowymi dowodami zbrodni niemieckich popełnionych w Polsce w czasie II wojny światowej. Gdyby teraz Polska miała się procesować z Niemcami w sprawie odszkodowań za zbrodnie wojenne, nie bylibyśmy w stanie wielu naszych roszczeń udowodnić - pisze Jan M. Fijor w tygodniku "Wprost". Pytanie, kto rządzi Polską jest nadal aktualne.

D
o wyborów samorządowych jeszcze trochę, a już zaczyna się straszenie "czarnym ludem" czyli Lepperem, Giertychem i biadoleniem, że Polska pod rządami PiS zejdzie na manowce. Jakiś pan w jednej gazecie napisał nawet, że zwolennicy PiS - "Stawiając Platformę w jednym szeregu z SLD, próbują podważyć również jej solidarnościowe korzenie (czyżby PO miała być częścią postkomunistycznego układu?)". - I tuś pan trafił w samą dychę. Kto ma nos to czuje, że ten "styropian" coś za mocno śmierdzi czosnkiem i zgniłymi pomidorami. Zresztą już widać, jak robactwo zaczyna wpełzać na listy PiS, LPR czy Samoobrony, byle tylko załapać się na byle jaki stołek. Jak Polska ma okazję otrząsnąć się z "narodu wybranego" zarzuca się jej antysemityzm, jak chce odsunąć od rządzenia potomków "konia Przewalskiego", to zarzuca się jej nietolerancję. Polska otrzymała pierwszą szansę od 18-tu lat, by wreszcie zaczęli nią rządzić Polacy i od razu rozpoczęto niespotykaną nagonkę, bo "czerwone kapturki" i ich bracia w Talmudzie poczuli się śmiertelnie zagrożeni. Ja stawiam na PiS i koalicjantów. Niech będą nawet do dupy, ale przynajmniej są Polakami.

N
asz pierwszy niekomunistyczny (hehehe) prezydent analizuje, dedukuje i tym co wymyśli, natychmiast dzieli się z polskimi mediami. Ostatnia hipoteza jest taka, że owszem "Delegat" był, ale w trzech osobach. Prezydenckie rozumowanie skłania się chyba do trzech instytucji. Ojciec - stworzyciel tej małej siatki, duch - przenikający wszędzie, gdzie tylko się dało i syn - jako siła pisząca sprawozdania. Jeśli tak było, to teraz jest jasne, dlaczego bezpieka była tak liczna. Były prezydent zapodał raz jeszcze, że nie ujawni "Delegata", ale zrobią to dziennikarze, którym dał do poczytania 150 grubych tomów "Sagi LW według SB", z których 75 zostało zniszczonych (ciekawe skąd ta pewność?) a zostało drugie tyle. Jak to ładnie wyszło - połowa zniknęła, a połowa jest, czyli zniknęła połowa jakby "do", a została połowa "od". Niech pan były prezydent myśli dalej, bo zostały jeszcze mistyczne "7" i "12". A co się stanie gdy okaże się, że "Delegat" ma już statut "pokrzywdzonego" przyznany przez IPN? Cały świat będzie się tarzał ze śmiechu z tak "demokratycznego" kraju. Tak na marginesie chciałbym zapytać pana byłego prezydenta: - co pan zrobił dla uhonorowania pułkownika Kuklińskiego, który jeden dla Polski zrobił więcej, niż setka takich jak pan? Czy to było pańskie "nie chcielim", czy "bardzo chcielim", ale kierowca nie pozwolił?

I
zrael ma pretensje do USA, że nie wykorzystują sytuacji na Bliskim Wschodzie. Dzieci Jahwe codziennie w pocie czoła przelewają krew gojów i czasem swoją, a najbliższy sojusznik nie chce tego wykorzystać i uderzyć na irańskie instalacje atomowe. Na razie prowadzony jest marketing wśród amerykańskich kongresmenów, ale jeśli się nie powiedzie, Izrael weżmie sprawę w swoje ręce, bo nikt mu tego nie zabronił, a co nie jest zabronione jest dozwolone. Stany Zjednoczone AP na razie zachowują powściągliwość, co nie przeszkodziło już zaopatrzyć Izraela w nowoczesne bomby penetrujące, a więc takie jakich używa się do niszczenia podziemnych instalacji, bo resztę czyli samoloty, choć niekoszerne, Izrael posiada. Nie brakuje też odniesień do historii. Iran przedstawia się jako "hitlerowskie Niemcy", a "biedne Żydki" nie chcą powtórki z najnowszej historii. Prawdą (której nie znają tylko dzieci nienapoczęte) jest to, że Izrael od dawna posiada głowice "jajeczne" i to w znaczącej ilości, a Iran chce dopiero je mieć, co może zakłócić tzw. "równowagę". A więc mamy sytuację, w której Izrael trzyma zapaloną zapalniczkę, chcąc przypalić cygaro wujowi Samowi, nie zauważając że z boku do zapalniczki przysuwa się "rączka z Biełomorem".

J
ak wygląda ochrona przyrody w Polsce możemy przeczytać na łamach "OPOS-u" czyli Organu Prasowego Okrągłego Stołu. Zeszłoroczna akcja holokaustu na kormoranach w rezerwacie koło Sieradza wywołała wzburzenie i chęć odwetu na mordercach, których do dziś nie ujęto. Ktoś wymordował całą kolonię tych ptaków, bo wyżerały ryby, a które były niezbędne dla zachowania innego gatunku, czyli człowieka miejscowego. By nie powtórzyła się "rzeź niewiniątek", na Mierzei Wiślanej opracowano inny sposób: - co roku do kormoranich gniazd zakrada się specjalnie wyszkolony człowiek, ze specjalnej wysokościowej firmy na specjalnym dźwigu i maluje kormoranie jaja parafiną (która dusi w jajach stworzenia już poczęte), a także podrzuca kurze jaja zakupione w pobliskim "markecie", z których jak wiadomo nic nie ma prawa się wykluć. Jednocześnie prowadzi się akcję uświadamiającą dla niecierpliwych rybaków, że kormoran jest pożyteczny, bo wyjada tzw. rybi chwast, co też jest głupim tłumaczeniem, bo akurat niektóre szlachetne ryby żywią się właśnie "chwastem" czyli jak kormorany będą żyły, to niektóre szlachetne ryby zdechną z braku pożywienia. Jak nie kijem, to go pałą. Nasi obrońcy przyrody wolą humanitaryzm typu Herodowego - po co zabijać rodziców jak można pozabijać dzieci, a że są w "opakowaniu", to nie będzie widać jak się duszą i rzygają własną krwią. Dla osiągnięcia tego "humanitarnego" efektu należy pracować kilka lat dopóki nie wymrą ostatni rodzice i wydać tyle pieniędzy, ile wydają myśliwi na amunicję do dubeltówki przez całe swoje życie w Związku Łowieckim. "OPOS" też nadmienia, że Prezydent i Premier też przyrody "nie lubieją", bo pierwszy wziął w obronę Homo Rospudensis, a drugi ostrzega, że niedługo wszyscy będziemy żyli w wielkim rezerwacie przyrody, który i tak szlag trafi, bo nic nie będzie można w nim zrobić.

N
o i proszę, nawet wielka Rosja uczy się od małej Polski. Jak donosi ichnia agencja prasowa - "Dwa sejfy z tajnymi operacyjnymi dokumentami departamentu spraw kryminalnych zniknęły z rosyjskiego MSW. [...] ...badane są okoliczności zniknięcia sejfów. Rosyjskie media piszą, że sejfy przez pomyłkę trafiły do składnicy złomu". Wygląda na to, że ktoś z "wierchuszki" zaczyna tworzyć prywatny IPN na wzór naszego IPN-bis, na wypadek - w razie czego gdyby. Sejfy trafiły "przez pomyłkę" do skupu złomu, bo niby gdzie miały trafić - do skupu butelek? Problem w tym, że nie wiadomo gdzie się podziała "makulatura".

C
oś się zaczyna "kręcić" wokół naszego filaru obronnego czyli podstawy RP. Niedawno poszła fama, że będzie wielka "branka" do wojska, a teraz MON gwałtownie temu zaprzecza i mówi, że komuś się pomylił "pobór" z "wcieleniem", choć na moje to jeden grzyb, bo od lat tych słów używano zamiennie. Coś jednak musi być "na rzeczy". Osiemnastoletnia tzw. "restrukturyzacja" prowadzona przez kolejne rządy doprowadziła naszą armię do takiego stanu, przy której stan z 1939 roku wydaje się być ideałem i wzorcem. Rozpieprzono i poprzenoszono jednostki, zostawiając stare koszary na pastwę złodziei, przyrody i Agencji Mienia Wojskowego, a raczej Wyprowadzonego. Sprzedano dobry sprzęt na złom i zniszczono polski przemysł zbrojeniowy. Polikwidowano szkoły wojskowe, zostawiając jedną "kużnię", która teraz ma "wykuwać" wszystko - od chemika po przeciwlotnika. Drugą, polskiego lotnictwa, nosi się z zamiarem przeniesienia za ocean. Rozpędzono Wojskową Akademię Medyczną i dzisiaj (nie do pomyślenia kiedyś) w wojsku są setki wolnych etatów lekarskich, a wiadomo, że lekarz cywilny może tylko zawyć na widok żołnierza poszarpanego odłamkami. Uzbrojenie mamy już z całego świata, tylko nie z Polski. Pamiętamy te słynne Leopardy "za złotówkę"? Zakupiono tego złomu za całe 100 zł. Niemcy to cwaniaczki, bo utylizacja takiego czołgu to 40% jego wartości i dali nam "za prawie darmo" stare czołgi przeznaczone u nich do złomowania, ale nie dali nam uprawnień oraz technologii do napraw i remontów (identycznie jak z amerykańskim złomem F-16). Leopard waży 70 ton i nie przejedzie po żadnym polskim moście, bo maksymalna nośność naszych mostów to 50 ton (T-72 waży 40 ton, a zachodnie mosty to nośność 80 ton). Polski transport lotniczy tych czołgów też może odbywać się na zasadzie "1 czołg na 3 samoloty" (w pierwszym wieża, w drugim podwozie, a w trzecim paliwo, amunicja i obsługa). Inna sprawa, to kontrakt na transporter opancerzony, który w momencie jego zawierania był dopiero w głowach konstruktorów. Potem się okazało, że doskonale pływał, tyle że... po dnie. W tym samym czasie polskie zakłady zbrojeniowe zmodernizowały starego SKOT-a, który bił na głowę ten fiński "wynalazek". To, że w wojsku były przekręty na niespotykaną skalę, naród nie mógł się dowiedzieć, bo wszystko było i jest do dzisiaj "ściśle tajne", a i to co dziś wiemy, to jedynie mało znaczące "wpadki" naszych "SS" (służb specjalnych - wyjaśnienie dla wymiaru sprawiedliwości). Polski minister ON - Romuald Szeremietiew, który jako jedyny z polityków znał się na wojsku, został zgnojony przez grupę "trzymającą wszystko" i rycerzy "Okrągłego Stołu" i do dziś jest ciągany po sądach za rzekome przekręty. Jego koncepcja obrony na zasadzie szwajcarskiej armii terytorialnej została wyrzucona na śmietnik. Dzisiaj, ta nasza niby armia zawodowa, co miesiąc potrzebuje nowego zastrzyku armatniego mięsa i obawiam się że stąd kłopoty, bo polskie matki już nie nadążają rodzić (sprytna polityka "prorodzinna"). Kto zatem, przez osiemnaście lat i z uporem maniaka niszczył, aż zniszczył polskie Siły Zbrojne i polski przemysł zbrojeniowy? Polacy czy pseudo-rodzimy "styropian" o zapachu czosnku i w kolorze wschodnich pomidorów? Na dzień dzisiejszy, nasze siły zbrojne nie są w stanie obronić kraju, nawet w przypadku agresji malutkiej Białorusi. Czy o to chodziło?

P
aniska z Wiejskiej, na mocy ankiety poselskiej, wywalili z Sejmu restauratora wraz z obsługą, który karmił posłów już wtedy, gdy niektórzy dzisiejsi namiętnie zasrywali pieluchy z tetry. Oficjalnie banicję otrzymał za "pogorszenie jakości usług i zaleganie z opłatami czynszowymi", ale nieoficjalnie wiadomo, że zapłacił głową za jakiegoś sejmowego matoła, który nie powiadomił go o prohibicji podczas papieskiej wizyty. Dlaczego piszę o tym? Ano dlatego, że paniska teraz zaczną się stołować w "Sheraton Warsaw Hotel" albo żarcie będą zamawiać w Paryżu, które jeszcze ciepłe będzie dostarczał LOT albo lotnictwo rządowe. Teraz już wiadomo, że pierwsze po wakacjach posiedzenie Sejmu będzie o podwyższeniu pensji sobie i podatków dla obywateli. Pracę przy okazji straciło kilkadziesiąt osób (w tym wielu tuż przed emeryturą), czyli optymistyczne dyrdymały o rzekomym spadku bezrobocia w Polsce zdały się psu na budę. A kto obejmie sejmową "La Speluna"? Na pewno nie moja ciotka, a ktoś z "zaprzyjaźnionych" kręgów.

W
szyscy, którzy uwierzyli w koniec tzw. "zimnej wojny" wraz z upadkiem muru berlińskiego i rozpadem "imperium zła" mogą dać sobie na luz i ewentualnie wznieść toast za własną naiwność i wiarę w to, co mówią politycy. Zapewnienia o pokojowej współpracy pomiędzy USA i Rosją były skierowane tylko do ciemnej strony narodów, bo oba mocarstwa i tak robią to, co postanowiono w Jałcie. Nawet dolary ładowane w upadający rosyjski program kosmiczny wydawano z cynicznym wyrachowaniem, bo na dobrą sprawę brak konkurenta oznaczał upadek własnego. Poza tym należy pamiętać, że programy komiczne obu mocarstw są tylko małym "odpryskiem" wielkich programów zbrojeniowych. Rosja wyglądała więc tylko pretekstu, jak zakończyć pokojową współpracę, która zaczynała być dla niej niebezpieczna. I takowy znalazł się - USA wprowadziły sankcje dla dwóch rosyjskich firm zbrojeniowych i dla Rosji ten fakt stał się tym, czym dla Hitlera był napad na radiostację w Gliwicach. Rosja czekała na to jak kania dżdżu, bo miała związane ręce w polityce bliskowschodniej, bo tam jest ropa i choć Rosjanie mają dość swojej, to nie zaszkodzi przecież jak Amerykanie będą jej mieli mniej. Teraz już bardziej oficjalnie można się wstawić za Iranem czy jawnie poprzeć walkę Hesbollahu z Izraelem, a poparcia nie mierzy się w deklaracjach, a w ilości sprzedanej broni i amunicji. Co to oznacza dla nas? Ano to, że na wschodnią granicę wraca silny gracz, a my musimy się cieszyć, że istnieją komunistyczne Chiny, bo to one trzymają Rosję w szachu z drugiej strony. A wy drodzy pacyfiści, jak chcecie mieć pokój, to bądźcie uprzejmi przygotowywać się do wojny. Wasze czasy jeszcze nie nastały.

Z
daje się, że w Polsce sprawy zaczęły iść we właściwym kierunku, bo zaczynają głośno ujadać obrońcy "steropianowej elyty". Uaktywnił się nawet jeden spryciula polityczny, którego profil psychologiczny charakteryzuje typowego przechrztę, który od działacza "S" poprzez "UW" i SLD, znalazł cichą przystań w założonej przez siebie i na własny użytek SDPL - czyli coś w rodzaju "Kapitan Czechowicz wykonał zadanie". Ostatnio rozpłakał się w radiu i rzekł, że "w Polsce od kilku lat dokonuje się zaplanowany proces wdeptywania w ziemię dokonań Okrągłego Stołu. [...] ...Polska na tym traci, ponieważ niszczony jest autorytet elit". O jakich "elitach" Pan prawisz? O "kornikach", "komandosach" i im podobnych? A może o tych elitach, które rozpłożyły się na polskiej ziemi, a których korzeń nadal tkwi we wschodniej glebie? Zresztą to jedna matka. Pan jesteś niezadowolony, bo Polacy zaczynają przeglądać na oczy i widzą już, po co sklecono tak dziwny mebel jak okrągły stół. Okrągła forma być może maskuje kanty, ale nie na długo. A o jakich to dokonaniach Okrągłego Stołu szanowny Pan mówi? O totalnym bezrobociu? O wpędzeniu Narodu w biedę? O rozgrabieniu majątku narodowego i sprzedaniu go w obce ręce? O zniszczeniu polskich Sił Zbrojnych? O doszczętnym rozpieprzeniu polskiej Służby Zdrowia? O wygnaniu tysięcy młodych i zdolnych Polaków na obcy chleb? A może o cichym przekazaniu dowodów zbrodni w ręce zbrodniarzy? Jeżeli według Pana są to osiągnięcia, to już wiadomo kim Pan jesteś i jaki naród Pan reprezentujesz. Te "elyty" wraz z Okrągłym Stołem powinny już dawno zostać zamknięte na wielką kłódkę w magazynie wątpliwych zabytków historycznych albo w skansenie PRL. Czy dlatego Pan tak zażarcie występujesz przeciw lustracji, bo boisz się Pan swoich "świństw przeszłości"? Niech Pan już zacznie uważać, bo Polacy zaczęli budować nową drogę, a Pan wdepnąłeś i utkwiłeś w świeżym asfalcie. Niech Pan już wyskakuje z butów i ratuje żywot, bo niedługo ruszy walec.

N
asz pierwszy niekomunistyczny (hehehe) prezydent zaczyna roztkliwiać się nad sobą. On był najlepszy, ale Naród go nie docenia. On jeden odważył się podac nogę na powitanie swojemu następcy, który na dobrą sprawę dokończył tylko to, co zaczął jego poprzednik. Z radia popłynęły wspominki - "Zastanówmy się dlaczego bezpieka w sumie w jakiś sposób mnie popierała? Po pierwsze dlatego, że byłem obliczalny. Po drugie - walczyłem z systemem, a nie z ludkami żadnymi. Po trzecie - bezpieka mogła liczyć, że z Wałęsą, z tym robolem to sobie poradzimy. I gdyby inaczej myślała, to ja nie miałem szansy przeżyć. Pozwoliłem się lekceważyć, pozwoliłem wierzyć, że oni zwyciężą. I tylko tak mogli się zgodzić na reformowanie. W innym przypadku nie mielibyśmy wolnej Polski". Niewdzięczny Polaku, ten wielki człowiek musiał "rżnąć jełopa", by wyciągnąć cię z komuszego bagna, a Ty mu tak odpłacasz? On sam jeden stworzył to, co masz dzisiaj - rozkradzioną, biedną, zarobaczoną, ale wolną i suwerenną Polskę. Eeeeh..., panie były prezydencie... Człowiek czasem może wyjść z wiochy, ale wiocha z człowieka nigdy.

O
d kilku dni cała Polska ma nowego "toto-lotka", czyli jak trafić jeden z osiemnaście. Główna wygrana, to większa świadomość polityczna. Chodzi o "Delegata", który był jednym z delegatów w pielgrzymce do naszego papieża w roku 1981. Kogo nie zapytają dziennikarze, to wie, ale nie powie. Czasem wypsnie się jakieś słówko, które ma przybliżyć "trafienie", ale generalnie dalej nie wiadomo kim jest "Delegat". A kto to był możemy się wcale nie dowiedzieć, bo niektóre wypowiedzi zdają się specjalnie zamazywać obraz tego polskiego "Jaśka Błonda", jak wałęsowki "jeden, ale w trzech osobach". Dziwne jest także, że dotychczas żadna z gazet nie opublikowała pełnej listy delegacji, choć jest dostępna. Proszę, oto spis delegatów: Celiński Andrzej, ks. Dulak Stanisław, Gwiazda Andrzej, ks. Jankowski Henryk, Kalinowski Ryszard, ks. bp Kluz Kazimierz, Kukołowicz Romuald, Mazowiecki Tadeusz, Mędrzak Jan, Modzelewski Karol, Musioł Piotr, Rybicka Bożena, Świtoń Kazimierz, Tyszkiewicz Stanisław, Walentynowicz Anna, Wałęsa Lech, Wałęsa Mirosława i Wądołowski Stanisław. Przed wyjazdem nastąpiła jedna zmiana - Piotra Musioła z Jastrzębia, zastąpił Ryszard Kuś. Dlaczego, nie wiadomo. Kto chce bawić się w detektywa niech próbuje, ale proszę - raczej na użytek własny, bo licho nie śpi. Można zastosować metodę kolejnych przybliżeń lub metodę eliminacji. Dla ułatwienia dodam, że Tadeusz Mazowiecki i Karol Modzelewski, to tylko polskie pseudonimy delegatów.
P.S. - ks. Jankowski typuje - Tadeusz Mazowiecki, Andrzej Celiński, Karol Modzelewski, Romuald Kukołowicz.

I
zraelski minister ds. bezpieczeństwa publicznego Awi Dichter ubolewa, że wszyscy terroryści walczący z Izraelem używają rosyjskiej broni, kupionej za pośrednictwem Syrii czy Iranu. Hehehe, a jakiej mieliby używać - izraelskiej? Przecież to byłaby niebywała hucpa. Pan minister jest jakiś niedorobiony politycznie i chyba używa jakiegoś starożytnego atlasu, bo w nowszych wydaniach doskonale widać, gdzie najbliżej znajdują się "delikatesy" z doskonałym rosyjskim "kawiorem". Pan minister powinien być ucieszony, że Jahwe jest jeszcze z Izraelem i w Iraku siedzą Amerykanie, bo lepszej okazji już nie będzie, by doszczętnie zniszczyć maleńki Liban. Izrael, to wysepka w świecie arabskim, otoczona ze wszystkich stron "przyjaciółmi" Żydów i chyba tylko Jordania wykazuje jakieś elementy tolerancji. Gdyby Ameryki nie było w Iraku, to przeciw Izraelowi już by działała koalicja Iranu, Iraku, Syrii oraz Egiptu i nietrudno sobie wyobrazić, po której stronie stanęłaby Jordania, a wojna w okrążeniu jest trudna i prawie zawsze nie do wygrania. Ponieważ prawosławna Rosja zawsze popierała swych braci w wierze, stąd powszechność "kałachów" i "katiusz" w tych państwach. Broń jest normalnym towarem i nie może zalegać na półkach magazynów, bo się "psuje" i zajmuje miejsce "nowalijkom". Ponieważ większość krajów arabskich to "terroryści", więc nie mogą dokonywać zakupu broni w USA, a ponieważ muszą ją posiadać, więc kupują w kraju, który nie uznaje "terroryzmu", bo sam kocha takie metody. Sama zaś sprawa uznania kogoś za "terrorystę" jest problemem wyłącznie językowym, bo jak wiemy niemieckie "Achtung, banditen", po rosyjsku już brzmi "Wnimanjie, partizany".

W
raca pomysł realizacji największej polskiej inwestycji, która czeka na wykonanie już... 430 lat. Pomysł ten rzucił w roku 1577 król Stefan Batory i do realizacji upoważnił kasztelana wiślickiego Mikołaja Firleja. Do realizacji nie doszło i nie wiemy z jakich przyczyn, choć można domyślać się działań wpływowego lobby gdańskiego. Potem wracał do niego król Jan Kazimierz i król Jan III Sobieski, jednak bez powodzenia. Na przeszkodzie zawsze stawał albo Gdańsk albo panowie pruscy. Królewski projekt wrócił dzisiaj i choć miejsce panów pruskich częściowo zajęli Rosjanie, powód jest ten sam - uniemożliwienie Polakom żeglugi przez cieśninę Pilawską - jedyną dziurę przez którą z Zalewu Wiślanego można wypłynąć na Bałtyk. Pan minister Gospodarki Morskiej zamierza do roku 2010 dokonać przekopu na pełne morze przez Mierzeję Wiślaną pod wsią Skowronki i tym samym zrealizować marzenia królów i Elbląga o pełnomorskim porcie. Pomysł jest realny, bo Rosjanie mogą tylko tupać nóżkami i wygrażać robotniczym gestem, ale jesteśmy na swoim i mogą nam skoczyć na pukiel. Jednak w Polsce nic nie jest łatwe i już w miejsce Gdańska i panów pruskich wskoczyli (a jakże) ekolodzy i władze najbogatszej polskiej gminy - Krynicy Morskiej. Pierwsi bronią ciągłości piachu na Mierzei i zasolenia Zalewu Wiślanego, a drudzy turystycznej mamony. I nie pomogą żadne ekspertyzy, że śledzie w Zalewie będą te same (bo smak zależy od octu a nie od soli) ani to, że jednocześnie zbuduje się most do Krynicy. Czyli nie wiadomo o co chodzi, a jak nie wiadomo, to chodzi o pieniądze. Unia da pieniądze, problem jednak w tym, że Unia nie posiada działki budżetowej o nazwie "mus dać w łapę".

C
oś się dzieje, i chyba niedobrego, w krakowskiej kurii. Ks. Isakowicz-Zaleski zajmujący się działalnością esbeków w sutannach, najpierw otrzymał kategoryczny zakaz publikacji nazwisk i kontynuowania prac badawczych, który po spotkaniu z prezydentem RP i kardynałem Dziwiszem złagodzono do kontynuacji badań. Ksiądz niedawno wysłał listy do duchownych mających kontakty z bezpieką i na piętnastu odpowiedziało zaledwie czterech, ale nie to jest ciekawe. Ciekawe jest to, że kuria bez konsultacji z ks. Isakowiczem-Zaleskim opublikowała w publicznych mediach tylko jeden list, który opisuje mętne tłumaczenie jednego księdza, że niby gadał dużo ale nie na temat i nikomu krzywdy nie wyrządził. Czy w kurii ktoś czyta wszystkie listy bez względu na adresata, czy tylko te adresowane do ks. Isakowicza-Zaleskiego? Dlaczego kuria publikuje w zasadzie prywatną korespondencję bez zgody zainteresowanego? Według ks. Isakowicza-Zaleskiego - "Upublicznienie listu przez kurię to sygnał dla pozostałych księży, by odpowiedzieli w podobnym tonie". Jak sam powiedział - "Zresztą postanowiłem, że nie upublicznię listy księży, do których napisałem, zanim raport, nad którym pracuję, nie będzie gotowy. Nazwiska tych 15 duchownych poza mną znał jedynie kardynał Dziwisz". W wywiadzie radiowym ks. Isakowicz-Zaleski był zaskoczony całą sytuacją, bo akurat tego listu jeszcze nie czytał i powiedział także, że październikowa edycja jego książki też stoi pod znakiem zapytania z powodu "oporu części duchownych". Według niego, ktoś w kurii prowadzi jakąś dziwną grę, na którą on nie ma żadnego wpływu. Kto zatem w krakowskiej kurii ma tak przemożny wpływ na poczynania kardynała Dziwisza? Co to za siła, która jest zdolna ubezwłasnowolnić nawet "prawą rękę" polskiego papieża? Czy są to osoby z otoczenia kardynała, o których traktować będzie książka ks. Isakowicza-Zaleskiego? Czy postępowanie kardynała Dziwisza może wskazywać na to, że jego życie jest zagrożone?

P
amiętamy zapewne, jak po nałożeniu kagańca ks. Isakowiczowi-Zaleskiemu, chyba tylko po to by złagodzić efekt pośród pospólstwa, powołano komisję "Troska i Pamięć" oraz zlecono pracę nad dokumentami esbecji, historykom Papieskiej Akademii Teologicznej. Do dziś żadna "instytucja" nie rozpoczęła pracy, choć podobno "Pamięć i Troska" przygotowała memoriał, gdzie najważniejszym punktem było wezwanie, by (hehehe) "duchowni agenci sami publicznie wyznali swoje winy". Jest to też niepewne, bo jak dotychczas memoriału nie opublikowano. Na razie dokumenty IPN w Wieliczce drąży tylko ks. Isakowicz-Zaleski, a członkowie wymienionych "instytucji" balują spokojnie na wakacjach. Publikacja przez krakowską kurię jednego tendencyjnego listu, raczej mało skruszonego agenta w sutannie, świadczy jedynie o tym, że ustalono tylko "dyżury bojowe", które mają neutralizować lub nawet przeciwdziałać poczynaniom ks. Isakowicza, co jest łatwe do wykonania, bo organizacja kościelna nie odbiega od wojskowej, a różni się tylko krojem i kolorem mundurów. Jak z tego widać siła krakowskiej kurii tkwi także w silnej organizacji w jej wnętrzu, a której cel jest odwrotny do celu ks. Isakowicza. "Nie jest tajemnicą, że wśród hierarchów Kościoła panuje swoista zmowa milczenia i przekonanie, że nazwiska duchownych agentów winny być jak najdłużej trzymane w tajemnicy. Tłumaczą to dobrem Kościoła i dbaniem o wiernych, dla których prawda mogłaby być zbyt szokująca" - napisało "Życie Warszawy" Ks. Isakowicz-Zaleski skrót "SB" pojmuje jako "Służbę Bezpieczeństwa", ale jego przeciwnicy prawdopodobnie już jako "Sprawiedliwość Bożą", bo ta sprawiedliwa choć nierychliwa. Czy krakowska kuria postawiła na naturalne wyjaśnienie sprawy przez samoistne zejście "splamionych"? Jeśli tak jest, to można przypuszczać, że "popaprańcy" w dalszym ciągu mają istotny wpływ na działanie kurii, a przede wszystkim na kardynała Dziwisza.

P
rzewodniczący Partii Obrażonych na falach Polskiego Radia "wyraził przekonanie, że na jego partii spoczywa odpowiedzialność za ochronę tego, co obywatelskie w polskich samorządach. Podkreślił, że jest to ważniejsze, niż wynik procentowy w wyborach". Czyli jakby rzekł Ślązak "my som w rajchu" i doskonale wiadomo, że chodzi o utrwalanie "zdobyczy" Okrągłego Stołu. Jak wszyscy wiemy "doskonała" ustawa o samorządach zrzuciła na ich barki wszystko, oprócz najważniejszego, czyli własnych wypracowanych w samorządzie pieniędzy. Dlatego PO będzie utrwalać tę zdobycz ze wszystkich sił, bo trzeba mieć dużo pieniędzy na "tanie państwo" i władzę, która jak dotychczas przekroczyła plan tylko w zakresie wytwarzania metanu. Władza musi mieć pieniądze na permanentne wymienianie obić na sejmowych siedzeniach posłów. Władza musi mieć pieniądze, by NFZ (Narodowy Fundusz Zgonów) mógł założyć klimatyzację w swoich biurach, by urzędas nie padł ze zmęczenia podczas upałów. Władza musi mieć pieniądze, by polski poseł i senator nie plamił się płaceniem pieniędzy (własnych) na zagranicznych wycieczkach. Władza musi mieć pieniądze, by wojsku zapewnić modne mundurki, by nie wyglądał jak szwej z syberyjskie dywizji, bo mowoczesna broń jest zbyteczna jak się zna sztukę "uników". Władza musi mieć pieniądze, by co cztery lata wypłacać wielotysięczne "odprawy" dla dziesiątek tysięcy urzędników poprzednika i już zaczynać zbierać dla swoich. Itd..., bo co może być ważniejsze dla władzy. Od osiemnastu lat, na zmianę co cztery lata, trwa zabawa we władzę i opozycję pilnie bacząc, by nie zrobić sobie krzywdy i zachować "zdobycze".

S
zykuje się nowa afera. 80 tysięcy ludzi, którzy uwierzyli w nowoczesną medycynę, zostało nabitych w "pojemniki z ciekłym azotem" przez prywatną Klinikę Medyczną "Consillium" ze stolicy, która utworzyła swego czasu utworzyła specjalny bank specjalnych nasion, dla tych, którzy się bali, że mogą nie móc. Klinikę zamknięto z powodów finansowych, choć wiadomo że samo oddanie nasionek słono kosztowało. Samodzielna "produkcja" - kilka tysięcy, z pomocą środków medialnych - drożej, a już przy pomocy wykwalifikowanego personelu, cena wielokrotnie przewyższała usługi tzw. Agencji. Drzwi kliniki zamknięto na klucz i wywieszono telefon komórkowy, co ostatnio jest modne i wygodne, bo abonent jest zawsze obecny, tylko nie można go odnaleźć. Klientom najbardziej zależy na depozytach uzyskiwanych w pocie czoła i zmęczeniu ręki, ale te zaginęły. Przewód sądowy, jeśli takowy się otworzy, znów wykaże z pewnością braki w polskim kodeksie karnym, bo zapewne jeszcze nikomu nie przyszło do głowy, by zdefiniować zjawisko "spermofagii". Rzecz jest bardzo ważna, bo w udowodnionym przypadku przełknięcia należy mówić o morderstwie, a przy wypluciu o aborcji.

N
asz "młot na czarownice" pan Antoni "jest zaskoczony liczbą oświadczeń byłych i obecnych żołnierzy Wojskowych Służb, jakie napłynęły do komisji weryfikacyjnej. Wczoraj minął termin ich składania. Złożenie dokumentu ma umożliwić tym osobom pracę w nowych wojskowych służbach wywiadu i kontrwywiadu. Członek gabinetu likwidatora Antoniego poinformował, że oświadczeń takich napłynęło trzy tysiące". Prasa niedawno pisała, że na obsadzenie czeka około 1200 stanowisk, więc walka o "index" może być zażarta, bo to 2,5 kandydata na jedno miejsce. Nie przejmujmy się jednak podanymi liczbami, bo trudno uwierzyć, by w ciągu miesiąca służby specjalne zaczęły głosić prawdę, a 1200 osób to ledwo siedem kompanii "skiboli". Możliwe jest, że podana liczba dotyczy tylko stanowisk, które będzie mogła eksponować telewizja, bo jak wiadomo nasze "SS" (służby specjalne - wyjaśnienie dla wymiaru sprawiedliwości) muszą działać w ukryciu. Dziwi także liczba aż 3000 naiwnych, bo przecież wiadomo do czego w Polsce służyła i służy tzw. weryfikacja, której wzorzec zaczerpnięto od byłej przewodniej siły narodu, i tylko naiwny może sądzić, że gość "sypiący" kolegę po fachu może wzbudzić zaufanie "nowych" przełożonych. Weryfikacja była potrzebna, bo nowe kierownictwo potrzebowało lektury uzupełniającej, by nie powtarzać błędów z przeszłości. Pożyjemy - zobaczymy, jak wyszły "porządki" panu Antoniemu, oczywiście tylko z "przecieków" i tylko kontrolowanych.

N
asz detektyw 1000-lecia, a nawet wszechczasów, niedościgniony wzorzec dla ofensywnych firm ochroniarskich, pan Krzysio, doznał więziennej fobii i kazał się zamknąć w "pojedynce", której nie chce opuścić nawet celem spaceru. On, przed którym drżeli pojedynczy złoczyńcy a nawet całe państwa, teraz boi się o własne życie i to nie z rąk mafii, ale z rąk współtowarzyszy niedoli. Bedąc w celi zbiorowej nigdy nie był pewien porannego pacierza, bo towarzysze zaczęli grozić mu "kosą", co w więziennym żargonie oznacza dość spore obce ciało w organizmie i bynajmniej nie chodzi tu o łechtanie wałem korbowym w podniebienie. Wyzywali bidulę od "psa", co miało zapewne związek z jego chlubną działalnością w MO albo ZOMO i cały czas powtarzali mu, że "tu będziesz pies pogrzebany". Widać silny organizm detektywa też miał granice wytrzymałości i pan Krzysio musiał zmienić lokal na M1. Dostał telewizorek, ale ponoc preferuje książki o miłości, które "łyka" wprost w nadmiarze. Podobno przypomniał sobie nawet, że posiadał żony, ale to nic pewnego, bo prasa zbliżona do "drogowych elementów budowlanych" może nadmiernie koloryzować. Natomiast prasa z gatunku bardziej wiarygodnych, rozpisuje się o tym, że niby miał dostawać poufne informacje od prokuratory i nawet miał wykonać operację "Ziobro", która miała być początkiem końca Ministra Sprawiedliwości. Jak widać, nawet w hermetycznym zamknięciu, nasz narodowy "bohater" cały czas jest narażony na atak z trzech stron i może skończyć jak słynna "baranina".

W
ystarczyło poczekać kilka godzin, by okazało się, że największy Organ Prasowy Okrągłego Stołu też "zasysa" z palców i podobnie jak inne brukowce "łże jak bura suka". Detektyw wszechczasów wcale nie sypie, bo w tym czasie pochłaniał kolejnego "harlekina" i to jemu sypali... do michy. A jeśli chodzi o akcję "Ziobro", to sprawa wyszła w izolatce, gdyż bolało go własne. Czytelniku uważaj na OPOS-a. Organ ten, jak kiedyś "gadzinówka" PRLu, zamieszcza informacje prawdziwe, prawdopodobne i nieprawdziwe. Prawdziwe są w czarnych ramkach, a prawdopodobne są oznaczane słoneczkiem i chmurką. Reszta to pozostałe.

S
prawa "Delegata" rozpaliła wspomnienia na temat delegatów, tym razem na zjazd "S". Jeśli "OPOS" opisuje prawdę, to nie było tak źle. Opozycja doskonale wiedziała, że na zjeździe była bezpieka, a bezpieka nie musiała znać wszystkich, bo jak nie był "nasz", to musiał być "ich". Zresztą wystarczyło iść do najbliższego kiosku "Ruchu" i zapytać, jakie znaczki do wpinania w klapę schodziły najszybciej i już było wiadomo, że bezpieka coś szykuje i po czym ją poznać. Jak papież odwiedzał Gdańsk, to z kiosków zeszły błyskawicznie wszystkie mewki i samolociki "na szpilki". Wróćmy jednak do delegatów. Było rodzinnie i "wylewnie". "Delegat" też nie był taki straszny, a tych wprowadzonych 71 agentów SB, to tylko garstka na 900 prawdziwych delegatów. Nieprawdą też jest, że SB wyreżyserowała zjazd i to jest już szkalowanie opozycji oraz przypisywanie niezasłużonych zasług bezpiece. Oni to zrobili sami bez żadnej pomocy, bo mieli doskonałych "doradców", a esbecja w tej materii była systematycznie neutralizowana. Podobnie "Posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej" wcale nie było napisane w KC, a wypłynęło z czystych serc i rąk uczestników zjazdu. Niech esbecja nie myśli, że może teraz wydzierać niezaprzeczalne zdobycze "robotników". W sumie esbecy tylko zabezpieczali zjazd, bo umieli to robić i jakoś im to wyszło, bo na zjeździe nikt nie uległ zatruciu. Konkluzja jest taka, że nie ma co rozpamiętywać, bo wszystko wyszło bardzo dobrze i każdy robił to, co mu przypadło w udziale. W artykule roi się od nazwisk późniejszych "polityków" i szkoda tylko, że i dziś (choć już mamy wolność), większość z nich nadal występuje pod polskimi pseudonimami z czasów "konspiry" w PRL. Wychodzi na to, że I Zjazd "S" załatwił sprawy dla różnych grup, a tych można wyróznić trzy - robotnicy (już po selekcji wstępnej do władz), doradcy - w większości obywatele "narodu wybranego" i ci stanowili inteligencję zjazdu, oraz esbecja - grupa zabezpieczenia, która tylko pilnowała by nie doszło do bijatyki pomiędzy narodami. Komuny nie było, bo po pierwsze była w szoku, a po drugie nie musiała być, bo posłała swoją "niewidzialną rękę". Było to pierwsze spotkanie przyszłych władców Polski i na nim zapadły pierwsze ważne decyzje społeczno-polityczne otwierające drogę do następnego etapu jakim była Magdalenka. Szkoda tylko tej rzeszy robotników stanowiącej "vox populi", którzy dopiero dzisiaj mogą się dowiedzieć w jakiej hucpie brali udział.

Z
Kuby nadchodzą informacje o mobilizacji rezerwistów. Wiadomo, że rządy chwilowo sprawuje brat Fidela - Raul, który zawiaduje kubańską armią, ale ponieważ od lat już nie trzeźwieje, więc nie chodzi zapewne o ćwiczenia wojskowe. Taka mobilizacja następuje z reguły przy zagrożeniu z zewnątrz lub... od wewnątrz. USA chyba nie planują inwazji, więc chyba chodzi o "zabezpieczenie" narodu przed skutkami wiadomości, która może nim wstrząsnąć. A takowa może być tylko jedna - "El Komandante odłożył łyżkę...".

Sorry, była mała przerwa w dostawie usług internetowych. Ktoś w elektrowni już chyba próbuje jak to będzie z 20-tym stopniem zasilania i raz dziennie wykręca korek. Jak światło zgaśnie tylko na moment, to internet wysiada na parę godzin. Pan administrator na urlopie i zdalnie steruje ponownym startem sieci, no ale ktoś go musi powiadomić. Chyba już jestem net-nałogiem, bo mnie to strasznie denerwuje. Trzeba czekać, ale jest nadzieja, bo sąsiad ruszył na pomoc.

H
alo..., powodzianie... Jak się czujecie po przejściu kolejnego, chyba dziesiątego już żywiołu? Powinniście mieć doskonałe samopoczucie, szczególnie po wystąpieniu samego pana ministra od naszych spraw wewnętrznych. Że co? Że gadał to samo, co poprzednicy? A czego wyście oczekiwali? Już od roku 1997 przy każdym przekazaniu obowiązków następnemu ministrowi, najważniejsza jest koperta z nadrukiem "powódź" i w niej są wszystkie odpowiedzi. I tak - nie było żadnej powodzi, tylko lokalne podtopienia. Że co? Że wody było pod sufit? To wasza wina, że mieszkacie w dołku. Jak byście mieszkali na górce, to by wam zalało tylko piwnicę. Macie jakąś OSP? Nie...? No to na razie wylewajcie wiaderkami, pompy dojdą, jak skończymy w Czechach. Tak..., państwo pomoże, bo ma na to pieniądze już od dziesięciu lat i jak tylko woda opadnie rozpoczniemy wypłaty. Złożyć wniosek i czekać. A najlepiej jakbyście byli ubezpieczeni, bo wtedy nie musicie czekać. Tak..., mamy dla was domy zastępcze, te składaki z 97-go, ale ministerstwo czeka jeszcze na instrukcje jak to się składa, bo wtedy nie doszły. Pomoc jest w drodze, ale nie wyślemy wojska, bo to źle działa na psychikę tych jeszcze nie zalanych. Itd..., itd... itd... Mija już dziesięć lat od tzw. powodzi tysiąclecia, więc rząd jest zdziwiony, że nikt się jeszcze nie przyzwyczaił. Jak zawsze "wszystko jest pod kontrolą", a że przyroda płata figle, to już wina Pana Boga, a nie rządu. Rząd modlił się o deszcz? Modlił się... No to deszcz był, ale następnym razem, jak będzie się modlił, to niech podaje ile tego ma spaść i gdzie. Inna sprawa, to polskie prawo, którego nikt nie ma czasu zmienić, bo w Sejmie taki zapier..., że nie ma kiedy załadować. Ci, co mają coroczne kłopoty z powodziami, już dawno by usypali wały i pogłębili rzeczne koryta, ale im nie wolno, bo to nie ich własność, a własność państwowa. W tym wypadku nawet praca w "czynie społecznym" musi zostać ukarana i to wysoko, zgodnie z prawem. Właściciel, czyli państwo nie może nic zrobić, bo nigdy nie ma pieniędzy na roboty przeciwpowodziowe, a nawet jak ma, to przecież musi je trzymać na odszkodowania po powodzi. Pracy nie można zlecić, bo chłop to nie firma i choć fizyczny, to nie ma osobowości. Zresztą najpierw by trzeba zrobić przetarg, a wiadomo jak z chłopem się targuje, żywemu nie przepuści, a co dopiero urzędnikowi. Nawet ta niedawna susza. Rząd tak szybko się wziął za szacowanie strat, że na miejsca dotknięte suszą trzeba już było dopływać pontonem. I tak się kręci od dziesięciu lat. Sucho - mokro - sucho - mokro, rządy niby inne a jednak takie same. Prawo do dupy ale nie poprawią, bo może być lepiej, a pieniędzy jak nie było tak i nie będzie. Nawet pomóc samemu sobie nie wolno, bo karę przywalą. O take Polske my walczyli...

P
odobno Brytyjczycy udaremnili atak terrorystyczny na samoloty lecące do USA. Gdyby się im udało, śmierć mogłoby ponieść około 3000 ludzi. Podchodzę ostrożnie do takich wiadomości, bo nigdy nie dowiemy się prawdziwej prawdy. Tej zaś można się było dowiedzieć tylko w jeden sposób, więc lepiej że się nic nie stało. Na razie jest problem, kto za tym stoi. Czy stara i znajoma Al-Kaida czy jakieś inne ugrupowanie, bo wszyscy zamachowcy, choć pakistańscy muzułmanie, byli brytyjskiego chowu. Faktem jednak jest, że ci terroryści to straszne spryciule. Wykombinowali materiał wybuchowy w płynie, nad którym Amerykańce pracują już od 15 lat i nie mogą zrobić. Ciekawe, jak by to było, gdyby planowali zamach na nasze linie lotnicze. Na razie w "tefau" głos (jak zawsze) zabrał taki emerytowany łysy terrorysta z "czerwonych kapturków", co to zna wszystkie metody i wie jak im przeciwdziałać, tyle że on wskakiwał do An-2 w biegu, a nie do Jumbo-Jet'a. Na naszym Hit-Okęciu ogłoszono alarm, sprawdzono wszystkie Coca-Cole (nawet te bez cukru) i odwołano parę lotów. Premier też się nie przejął i bardzo dobrze, bo niby co..., miał przerwać urlop, samemu biegać po lotnisku i zaglądać w bagaże? Wystarczy, że trener-koordynator zameldował, że "wszystko jest pod kontrolą", bo Polska nie leży w sferze zainteresowania Al-Kaidy. Jak znam życie, to długo jeszcze nie będzie, bo jaki terrorysta będzie wysadzał nasze statki powietrzne typu Jak-52? Przecież to nie ma sensu, bo niedługo same pospadają. Czyli jest very dobrze, ale chyba już niedługo, bo jak zaczniemy hodować swoich emigrantów, to do terroru dojdzie znacznie szybciej, jak zobaczą w co wdepnęli.

Z
astanawia mnie polskie biadolenie nad niemiecką wystawą o "wypędzonych". Polskie autorytety rzucają gromy na Polskę i na Polaków, że jak można było do tego dopuścić. Ja przepraszam, ale co Polacy mają do gadania? A co ma do gadania nawet polski rząd, czy konkretnie polskie MSZ? Niemcy są u siebie i nikt im nie zabroni nawet powtórnego spalenia Reichstagu, a co dopiero wystaw. Niemiec jak coś postanowi, to zrobi "choćby skały srały" czyli zupełnie odwrotnie niż u nas. Najweselsze w tym wszystkim jest to, że jeszcze nikt z polskiej strony tej wystawy nie obejrzał, a już wiadomo, że jest przeciwko nam. Okazja była, bo zaprosili nas, ale bractwo uniosło się honorem i nie pojechało. A ponoć ta Steinbach to cwana kobitka, bo zaczęła od wypędzonych Ormian, Polaków, Ukraińców itp., by spokojnie dojść do Niemców, ale nam przeszkadza to, że umieściła swoich ziomali. Ja rozumiem nawet, że Brandenbury, Krzyżacy i wszystkie Niemce to zbóje i mordercy, ale podejrzewam, że i wśród nich znalazłoby się trochę "sprawiedliwych wśród narodów świata". Może jednak ktoś najpierw obejrzałby tą wystawę i zdał jakąś obiektywną relację. Jak na razie pokazujemy tylko swoją obrzydliwą hipokryzję, bo krytykujemy wystawę zapominając o tym, że sami wepchnęliśmy w ręce Niemców prawie całą oryginalną dokumentację zbrodni hitlerowskich w Polsce. I po co to pieprzenie.

W
ielki wódz plemienia "czerwonych kapturków" (dużego wigwamu) ogłosił uroczyście, że starszyzna plemienia nakazuje wszystkim czerwonym twarzom poprzeć kandydaturę na prezydenta stolicy, innego członka plemienia z wigwamu małego. Wielki wódz czerwonych twarzy zna zapewne historię swych przodków, a spośród nich wielkiego wodza Jakuba Bermana. Tenże wielki wódz, był wielkim przyjacielem i uczniem innego wielkiego wodza bratniego plemienia z nad rzeki Moskwy - Ławrientija Berii. Jeśli wódz dobrze zna historię, to musi pamiętać, że kiedyś sqwaw straszyły nimi swe dzieci, by nie wyżerały cukru po kryjomu. Ci wielcy wodzowie przelali wiele krwi swych wrogów i wielu z nich wysłało do krainy wiecznych łowów albo z łaski swojej na ciężkie roboty do krainy Syberią zwanej. A czy wielki wódz zna czerwonego brata Szymonem Bermanem zwanym? Jeśli nie, to niech popyta czerwonych tropicieli, bo ci mają ukryte archiwum z dzisiejszych i dawniejszych czasów. Jeśli wielki wódz dochowa tajemnicy i złoży przysięgę na prochy czerwonych przodków, to zostanie dopuszczony do tej wiedzy tajemnej. Hawk. Ale czy zmieni zdanie?

Z
nów zaczyna się bełtanie wody i bicie piany. Dziennikarze OPOS-u popełnili wywiad z księdzem infułatem (jaka to szarża, nie wiem, bo nie znam się na stopniach wojskowych armii obcych) i dowiedzieli się, że "Delegat" nie musi być renegatem, bo nie był "twardym" współpracownikiem tylko "k.o.", co może oznaczać także "kulturalno-oświatowego", który nie podpisał kontraktu z esbecją i był tylko soft-pracownikiem, króry zabawiał esbeków rozmowami na tematy ogólne. Jego wielebność wysnuł nawet wniosek, że "Delegat" mógł być emisariuszem prymasa tysiąclecia, który działał w tajnej misji. Miał być wodą na ogień ekstremy, a jego meldunek miał uśpić esbecję. Z tego widać, że wokół "S" zwalczało się tyle wywiadów, co w Stambule podczas drugiej światowej. Ksiądz infułat zna mnóstwo agentów, ale ich nie ujawni, bo wszystkim dawno wybaczył i nie widzi potrzeby, by inni ich poznali. Nie poda ich nazwisk także z tego powodu, bo wie że świat jest pełen złych historyków, którzy układają historię według potrzeb tych, którym służą i tylko Pan Bóg nie zmienia historii. Jest to niezaprzeczalną prawdą i szkoda tylko, że nie wiemy w jakim wydawnictwie Pan wydaje swoje dzieła. Wniosek jest mało optymistyczny. Każdy kadrowy esbek miał na swoim dworze kilku tajnych rycerzy do walki podjazdowej i kilku kulturalno-oświatowych robiących za błaznów, czyli zupa-śmietnik, w której ciężko odróżnić składniki, ale nic nie będziemy zmieniać, bo przecież wszystkim smakowała.

B
rytyjczycy zaczynają walkę o własne szkolnictwo, bo "nauczyciele są sparaliżowani strachem i molestowani przez uczniów, podziały etniczne, a nawet zamieszki rasowe, będące efektem panującej w brytyjskich szkołach poprawności politycznej, która by nie urazić imigrantów, każe ograniczać nauczanie historii, religii i wszystkiego co brytyjskie. Nauczyciel nie może narzucać uczniowi, co jest dobre, a co złe, jakie zachowanie jest właściwe ani przekazywać żadnych wartości, bo nie ma poglądów lepszych lub gorszych, a nauczyciele powinni tylko pilnować, by "dzieci wyznawały jakieś określone wartości". Nieważne jakie, byle by były". Czyli wypisz wymaluj, polskie szkoły pod rządami "czerwonych kapturków" i "styropianowych elit". W Wielkiej Brytanii problem nie jest nowy, bo już borykano się z nim w latach 80-tych, czyli na dziesięć lat przed naszą "reformą" szkolnictwa. Wedle zamysłu tzw. liberałów, pseudo-demokratów i najzwyklejszych komuchów, w Polsce pozostawiono (przeważnie w dużych miastach) szkoły wyższego standardu dla "wybrańców narodu", a w zasadzie "narodu wybranego", których zadaniem jest kształcenie tzw. przyszłych elit. Z reszty porobiono "ferbluwy" kształcące motłoch do pracy na rzecz elit. Dlatego nie potrzebna jest historia Polski, dlatego ruguje się religię, która przez wieki była spoiwem narodu i wyrzuca się wszystko to, co od wieków stanowiło duchowy kręgosłup każdego Polaka. Wszystko zaś po to, by nie zagrażać władzy, której kręgosłup stanowi inny naród - naród wybrany. Koło zamknie się wtedy, gdy nauczycielami zostaną ci, co dziś kształcą się w tych elitarnych szkołach, ale wtedy słowo "Polska" będzie już tylko nazwą geograficzną, a słowo "Polak" będzie synonimem sługi i parobka. Dlatego ludzi, którzy chcą to zmienić wdeptuje się w ziemię, oskarża o fobie, przypina łatki antysemity i rasisty, ośmiesza i organizuje się przeciw nim "młodzieżowe bunty". Prawie każdy młodzian marzy by zostać "spidermanem", ale przy takim systemie polskiej edukacji zostanie tylko "szpadelmanem".

C
o ta wódka robi z ludzi. Amerykańska uczona, ekolog z University of California w Davis, stwierdziła, że nasz wzrok wyostrzył się dzięki jadowitym wężom, których nasz przodek musiał wypatrywać, by nie zakończyć ewolucji. Najpierw, około 90 milionów lat temu spłaszczyła nam się gęba, oczy znalazły się blisko siebie i dostaliśmy widzenie stereoskopowe. Wtedy na ziemi istniały już powolne dusiciele. Minęło jeszcze 30 milionów lat i na ziemi pojawiły się szybkie węże jadowite. Wtedy to nastąpiło wyostrzenie wzroku, bo jadowitego należało wykryć z wyprzedzeniem. U dzisiejszych małp (czyli u ludzi, którym się nie powiodło), ostry wzrok nie był potrzebny, bo do dziś skaczą po drzewach w przeciwieństwie do węży. Są co prawda węże łażące po drzewach, ale akurat po nich małpy chodzą rzadko. A popatrz pani, ja cały czas myślałem, że ostrość wzroku była związana z wielkością pobieranej pensji.

B
yły komendant obozu polskiego UB w Świętochłowicach, oskarżany o doprowadzenie do śmierci 1500 więźniów (ciekawe jakiej narodowości?), pan Salomon Morel (ładnie się kiedyś Polacy nazywali, prawda?) znów otrzymuje polską, zasłużoną emeryturę, około 5000 zł., na zasłużoną rączkę. Emeryturę zawieszono nie z powodu morderstw na Polakach, a z powodu braku jednego dokumentu z własnoręcznym podpisem. Po kilku miesiącach pan Salomon dokument przysłał i emeryturkę pobiera z powrotem, bo nareszcie papiery są w porządku. Dyrekcja Biura Emerytalnego Służby Więziennej jest zadowolona, bo kwity "grają" i kasa nie zalega z wypłatami, co pan Morel mógł sobie poczytać za złośliwe szykany wobec jego szanownej osoby. Jest, co prawda prowadzone jakieś "drobne" śledztwo IPN przeciw jego skromnej osobie, ale pan Salomon olewa to szeroką strugą ciepłego moczu, bo prawo Mojżeszowe zabrania Izraelowi wydawania Polsce swoich Polaków. Zastanawia także wysokość emerytury, bo chyba nie wchodzi tu w grę wysługa lat, a prawdopodobniej opłata od "ubitego egzemplarza", wynosząca około 330 zł za sztukę. Podobnie jak pan Salomon, z opiekuńczych skrzydeł "narodu wybranego" korzysta także druga połowa Art-B, która w ostatniej chwili zdążyła odlecieć do "Israel" kanałem przerzutowym plemienia "czerwonych kapturków" oraz wielu innych, mających wstręt do polskich nazwisk. To są jednak jednostki i "polski" rząd nie widzi w tym problemu. Teraz widzisz zwyczajny Polaku, co znaczy "dożywotnia wiza" noszona w majtkach. I widzisz też, z jaką łatwością można stać się antysemitą, coś takiego pisząc.

P
atrzajta chłopy, po wejściu do Unii baby nam głupieją. "Kobiety z głogowskiego klubu - Zawsze Zdrowa i Aktywna - w apelu do ministra pracy domagają się uwagi dla wszystkich gospodyń domowych w Polsce, poświęcających swoje siły rodzinie. [...] Według GUS utrzymanie domu warte jest 1205,14 zł na miesiąc". I z tego powodu, wzorując się na szwajcarskich gospodyniach domowych, nasze chłopy mają płacić składkę na ZUS, by nasze niepracujące poza domem kobitki, otrzymały kiedyś emeryturę. Szanowne Panie, może to drobiazg, ale Poland, to nie Szwajcaria i w Poland zamiast emerytury możecie dostać tylko "na garba". Dlaczego? A dlatego - rozliczając się z Urzędem Skarbowym, rząd każe wam wpisać w PIT jako dochód, GUS-sowki zarobek 1205,14 zł, bez odejmowania kosztów uzyskania przychodu i od tego naliczy wam podatek, który należy uiścić do końca kwietnia każdego roku. I nie będzie zmiłuj się, że wy te pieniądze widzicie "jak świnia czerwony barszcz", bo te pieniądze już będą rzeczywiste, albowiem GUS nie kłamie. Teraz rozliczając się z chłopem możecie liczyć na kilkuset złotowy ochłap, ale mając "własną" pensję możecie zacząć dopłacać państwu, bo wasz zarobek przekracza najniższą emeryturę i wyjdziecie na tym, jak Zabłocki na mydle albo jeszcze gorzej. Kochane kobitki z Głogowa bądźcie zdrowe i aktywne, ale tylko na ciele, bo na umyśle w Polsce wcale nie popłaca.

D
o próśb - "od powietrza, głodu, ognia i wojny...", należy dołożyć jeszcze "od idiotów z tytułami naukowymi". Jak pisze The Independent - "Profesor Crutzen - laureat Nagrody Nobla z 1995 r. za badania nad wpływem procesów chemicznych na grubość warstwy ozonowej - oznajmił, że światu potrzebny jest radykalny program działań w tej kwestii. [...] Zdaniem Crutzena, do atmosfery można wprowadzić cząsteczki siarki przy pomocy balonów lub pocisków artyleryjskich. Rozproszenie ich nad Ziemią dałoby efekt lustrzany, tzw. albedo, prowadzący do ogólnego ochłodzenia". Jak podaje w konkluzji "Zmienianie składu atmosfery niosłoby za sobą skutki uboczne: uszkodzenie warstwy ozonowej oraz zmianę koloru nieba na jaśniejszy. Sprawiłoby to, że wschody i zachody Słońca byłyby jeszcze piękniejsze". Czyli w zamian za piękniejsze wschody i zachody mielibyśmy ulewy z kwasu siarkowego, które jak wiemy doskonale działają na glebę i cerę. Szanowny profesor uważa, że za efekt cieplarniany winić należy dwutlenek węgla, co jest sprzeczne z twierdzeniem, że największy wpływ (bo prawie 30%) ma zwykły metan, który do atmosfery przedostaje się z tzw. "popierdywaniem", właściwym dla wszystkiego co żyje. Konkluzją tego jest, że im więcej na świecie istot żyjących, tym gwałtowniejsze efekty owego efektu, a to prowadzi do następnego wniosku, że efekt cieplarniany ograniczyć może tylko zdecydowane ograniczenie ilości osobników produkujących metan, co też można uzyskać przy pomocy siarkowego deszczu. Świat niedawno uporał się z "geniuszami" totalitaryzmów, ale już wyrastają następni, tym razem naukowi - w medycynie coraz więcej doktorów Mengele, w demokracjach roi się od nowych Hitlerów i Stalinów, więc dlaczego inne gałęzie "nauki" mają być gorsze. A nie lepiej wyrżnąć wszystko co żyje i rozwiązać wszystkie problemy raz na zawsze? Arsenał "ABC" nadal czeka... bezproduktywnie.

P
olska nagle stała się potentatem w dziedzinie ropy naftowej. Oczywiście nie ta Polska, o której zwykle się myśli i nie u siebie, ale na bardzo dalekim wschodzie. Polska firma zajmująca się oprogramowaniem niby-komputerowym rosła spokojnie w siłę handlując nieruchomościami, produkując jakąś insulinę oraz ładując pieniądze w tzw. sport narodowy zwany "baskietboulem", aż nagle poszła w naftową ropę, co ma być jakby trendem nowoczesnych firm "komputerowych". Jak pamiętam, największym osiągnięciem tej firmy w komputeryzacji kraju był jeden program do obliczania głosów w wyborach do Sejmu, który nawet nie "zaskoczył" po zakończeniu wyborów oraz program dla ZUS, dzięki któremu do dziś można doskonale "doić" zwykłych obywateli. Zainteresowanie ropą nastąpiło zapewne na prośbę "sexi-pierwszego", na słynnej "konferencji" w nadmorskim ośrodku dla bokserów PRL, pod przewodnictwem wielkiego przyjaciela Polski, dyrektora ds. marketingu z firmy KGB Company, który nawet z ukraińskich podwórkowych grajków zrobił "ropną" spółkę, do dziś sprzedającą nam rosyjskie "złoto w płynie". Kupiona niedawno roponośna żyła mogłaby zaspokoić nasze zapotrzebowanie na 13 lat, ale nie po to kupuje się ropę w dalekim Kacapstanie. Polski Bill Gates kupił ropę nie dla Polski, a dla przyjaciół Chińczyków, którzy z kolei mogą nam odstąpić ropę z Norwegii, gdzie z kolei Norwegowie już od lat zastanawiają się, jak ją dostarczyć do Polski. Zakupiono 2 mld baryłek kacapstańskiej ropy za jedyne 800 mln dolarów oraz za parę baryłek naszego "dobra narodowego", które produkuje inny potentat z plemienia "czerwonych kapturków". Prawą ręką w interesie jest filmowy "cieć", który po utopieniu milionów w Telewizji Familijnej, zniknął nagle z polityki, by teraz wypłynąć razem z ropą. Co ciekawe, w licytacji na dalekim wschodzie, padły dwie nasze "ropiejące" spółki, a to zapewne dlatego, że stały się bardziej krajowe po utracie wszechmogących protektorów - KGB Company oraz naszych "SS" (służb specjalnych - wyjaśnienie dla wymiaru sprawiedliwości). Nowy potentat "Poland Oil Company" doskonale wiedział, co i jak ma zrobić. Teraz można być pewnym w jakim kierunku popłyną milionowe depozyty z zagranicznych skarbonek "czerwonych kapturków" i im podobnych, bo nareszcie otworzono nowoczesną, dobrze zamaskowaną oczyszczalnię brudnych papierków, a co najważniejsze - u swoich, gdzie żaden wywiad, nawet kacapstański, nie ma prawa podskoczyć. I tak po latach spełniły się marzenia snute w Magdalence i przy Okrągłym Stole.

G
dzie się podziali ci zagorzali obrońcy komarów, wszy polnych i wodników szuwarków? Gdzie ten polski "Grin-Pic"? W ciągu niespełna dwóch tygodni w Beskidzie Śląskim i Żywieckim, wycięto około 120 tysięcy drzew. Tak...! słownie - sto dwadzieścia tysięcy !!!. Od początku lipca Beskidy zaczęły umierać w zastraszającym tempie. Ocalałe jakimś cudem drzewa szybko tracą igliwie i przybierają rdzawą barwę, co jest symptomem ich rychłej śmierci. Gdzie wyście "obrońcy przyrody" byli jak trwała rzeź? Ratowaliście dwie żaby w Rospudzie, wywieszając papierowe szyszki? Jesteście towarzystwem "ochrony przyrody", ale tylko dla wielkiego picu i zawsze tylko tam, gdzie można coś zarobić na krzywy ryj w byle jakich hucpach, a tam gdzie faktycznie ginie przyroda, to was nie uświadczy, nawet w egzemplarzu pojedynczym. Tfu..., do dupy z taką organizacją.

C
o ten Prezydent wyrabia. Czy on faktycznie już zwariował? Nie dość, że wręczył najwyższe odznaczenia Orła Białego Walentynowicz i Gwieździe, specjalnie chyba zapominając o naszym pierwszym niekomunistycznym (hehehe) prezydencie, zabrał order Virtuti Militari naszemu staremu, schorowanemu rodakowi, ma zamiar awansować do stopnia generała tego szpiega Kuklińskiego, to jeszcze dziś odsłonił pomnik "Ognia", faceta który zwalczał hitlerowców i "naszych". Przecież to skandal. Jak można przypominać Polakom, że mają jakąś własną historię? Przecież to zaogni nasze stosunki z Niemcami, Rosją i nie daj Boże z Izraelem. Jest to niedopuszczalne w naszym demokratycznym kraju i takich rzeczy nie wolno robić, bo to niszczy wolność i tolerancję. Dlatego my, prawdziwi Polacy - "czerwone kapturki", "demokraci", "liberałowie" i przedstawiciele "narodu wybranego" w takiej politycznej hucpie nie weźmiemy udziału i mówimy jej nasze gromkie "nie". No i faktycznie... dziadostwo na uroczystość nie przyszło.

N
asz pierwszy niekomunistyczny (hehehe) prezydent, laureat pokojowej nagrody Nobla, doktorant "hc" wielu światowych uczelni i absolwent rodzimej Zasadniczej Szkoły Zawodowej na kierunku "polski prąd elektryczny" wzywa niemieckiego pisarza Güntera Grassa do rezygnacji z honorowego obywatelstwa Gdańska, po tym jak przyznał się do służby w Waffen-SS pod koniec wojny. Pan były prezydent wyraził się do redaktora niemieckiego pisma "Bild", że "Grass nie otrzymałby wyróżnienia, gdyby było wiadomo, że był w SS. Byłoby najlepiej, gdyby sam zrezygnował". Pan Grass podobno w wywiadzie dla dziennika "Frankfurter Allgemeine Zeitung" powiedział, że owszem zrezygnuje, jak lotnisko w Rębiechowie wróci do starej nazwy.

M
ało kto wie, że dzisiaj 13 sierpnia, Turkmenistan obchodzi Dzień Arbuza. Specjalne święto dla tego owocu ustanowił sprawujący dożywotnią władzę w tym kraju Saparmurad Nijazow, nazywany Turkmenbaszą. Ów bardzo wierzący muzułmanin jest w zasadzie praktykującym komunistą, a władzę objął z mandatu KPZR po upadku imperium "konia Przewalskiego" (jak własny naród pieszczotliwie nazywa tow. Stalina). Owoc dostąpił zaszczytu z racji niezwykłych barw i smaku, bowiem z wierzchu jest muzułmańsko zielony, a w środku czerwony i orzeźwiający jak komunizm. Proponuję i u nas wprowadzić dzień tego owocu, ku chwale naszego rodzimego PSL, który też z wierzchu jest zielony jak polskie rolnictwo, a w środku czerwony i soczysty jak stara, dobra PRL.
P.S. - winien jestem wyjaśnienie terminu "koń Przewalskiego". Otóż rosyjscy historycy, z prawdopodobieństwem graniczącym z "jedynką", wywodzą tow. Kobe z matki Gruzinki i ojca, którym miał być polski zesłaniec Przewalski, a który odkrył też rzeczonego konia. Organiczna matka tow. Kobe była służącą u Przewalskiego, natomiast oficjalny tatuś był zwykłym szewcem, który w czasach historycznych nigdy nie wytrzeźwiał, co w czynnościach rozpłodowych ma kapitalne znaczenie i według rosyjskich historyków musiało skutkować innym ojcem niż wiecznie pijany szewc. Eh, ci Polacy. Zawsze gdzieś muszą wetknąć swój palec.

J
ak smakuje prałat od św. Brygidy? Wiedzą tylko ci, co posmakowali wina "Monsignore". Proboszcz nie jest słodkim człowiekiem, więc poszedł w wytrawne i w zależności od politycznej opcji można łyknąć białe lub czerwone. Ale nie samym alkoholem człowiek żyje, więc wielebny rzucił się na teraz na luksusową wodę mineralną z etykietą "Jankowski". Na czym będzie polegać luksus z Muszyny? Ma to być - "wytworna i elitarna marka, oparta na znanej osobie, piękna etykieta i jakość samej wody. Te butelki będą ozdobą stołu" - zapewnił dystrybutor "Muszynianki". Widać z tego, że woda nie będzie dla pospólstwa, więc i cena zapewne będzie "zaporowa". Sam skład wody jest tajemnicą, ale nie jest tajemnicą, że po wejściu do UE wszystkie nasze "mineralne" zeszły na psy, a raczej na zwykłe wodociągi. Co w takim razie dla ludu? Proponuję nieobsadzone marki jak "Delegat" - dla 50 g "czystej" i jako zapitkę, wodę mineralną - "Bolek". Kiedyś w knajpach słychać było przeważnie - "panno Krysiu, lorneta i meduza" (dla niewtajemniczonych - dwie setki i galaretka), a teraz będzie kulturalniej i bardziej tajemniczo - panno Krysiu, dwa razy "Delegat" i dwa razy "Bolek na popitkę". A czym panowie przekąszą?, polecam "Myśliciela" na zimno... Można przy okazji usankcjonować od dawna istniejące marki "ludowe". Za panowania drugiego prezydenta, żaden Poznaniak kupując piwo "Lech", nie powiedział inaczej niż - pani da dwa "Głupole".

P
olska (nie mylić z Polakami) ma znowu problem natury moralnej - kogo poprzeć i komu pomagać w konflikcie Izraelsko-Libańskim. Teoretycznie agresja na Liban została sprowokowana przez Palestyńczyków, a konkretnie palestyński Hesbollah. Problem jednak w tym, że w ataku na Liban ponad połowa ofiar, to Libańczycy, czyli teoretycznie celując w każdą grupę cywili Izrael miał nadzieję, że trafi choć jednego członka Hesbollahu. Polacy zawsze byli po stronie biednych, uciskanych i pokrzywdzonych, ale niestety dziś już trzeba używać słowa "byli". PCK apeluje o pomoc dla 450 tysięcy Libańczyków, ale Polska Akcja Humanitarna za cel postawiła sobie "odbudowę zniszczonych mieszkań, szkół, przedszkoli, sklepów. Sfinansowanie zestawów szkolnych dzieciom oraz pomoc psychologiczną" dla "biednego" Izraela. Łódź zapowiedziała przyjacielską pomoc dla izraelskich dzieci, a do Libanu wysłano tylko kilka ciężarówek z kocami i konserwami. Wilk syty i owca cała? Kto nam gra, że tak tańczymy? Premier Izraela nie ma zamiaru za nic przepraszać i już zapowiedział, że "w przyszłości może dojść do kolejnej wojny z Hezbollahem. Izrael wyciągnie lekcje z tej wojny i będzie działał lepiej".

N
asz pierwszy niekomunistyczny (hehehe) prezydent, przerwał sobie przesłuchanie w prokuraturze, tylko dlatego, że on nie może uwierzyć iż jego szofer ma więcej na sumieniu niż on dopuszcza. Co więcej, pierwszy niekomunistyczny, jak będzie chciał, to sam wymierzy sprawiedliwość. Gdyby okazało się, że pan Miecio maczał paluchy w niewyjaśnionych sprawach ornitologicznych (wypuszczenie z klatki słowika) oraz innych związanych z "kosztami" pracy kancelarii prezydenta, ukrywaniem tajnych dokumentów czy nadmiernymi ilościami czegoś nie swojego na swoim jachcie, to on sam go skopie i co niewątpliwie będzie wystarczającą karą w majestacie prawa. Pan Miecio nie mógł nic takiego zrobić, bo pan prezydent mu ufał i ufa do dzisiaj, a jak panisko ufa, to pan Miecio nie mógł nic takiego zrobić i według pana byłego prezydenta, ktoś chce zniszczyć zaufanego przyjaciela jego i jego rodziny. Swoiście pojmowana sprawiedliwość byłego "pierwszego" nakazuje robić z polskiego sądu prowincjonalny cyrk i na razie nie ma siły by mu wytłumaczyć, że kmiotowi nie pasują monarsze maniery i że żyje w demokracji (podobno) a nie w feudalnej Polsce. Ciekawe, jak zachowa się panisko, gdy przewód sądowy obejmie także czyny i zaniechania jego "wielkiego" prawnika, który choć trup od dawna, też zaczął zalatywać niebywałym "aromatem" ówczesnej władzy. Możliwe, że nadchodzi czas i niebawem trzeba będzie zacząć oddawać wszelkie nagrody i tytuły. A nabrało się z magazynu tych kombinerek i śrubokrętów, oj nabrało...

W
ystawa Eriki Steinbach zaczyna kształtować wizerunek Polski na zachodzie, który w zależności od politycznej opcji mediów raz jest zły, a raz "przyswajalny". Pokazuje to jednak, że Polska nie miała i nie ma spójnej polityki zagranicznej, czyli krótko mówiąc "nie ma własnego zdania". Korzenie dzisiejszej polskiej polityki zagranicznej tkwią w "wielkim wybuchu" z roku 1990, który zrodził tylko dwie frakcje polityczne o dwóch politycznych biegunach - wschodnim i zachodnim. Na pierwszym "biegunie" zasiadła "młoda gwardia" i "zahartowana stal", których zadaniem było dalsze lizanie czerwonego odbytu uważając tylko, by nie zranić się o sierp, a na drugim zwolennicy świeżego czosnku o całkiem odwrotnych predyspozycjach smakowych języka. Obie frakcje jednak w całkowitej zgodzie ciągnęły do UE tylko po to, by jak najszybciej zniesiono w Polsce karę śmierci i wprowadzono "zachodni" model rodziny w celu szybkiego zmniejszenia populacji Polaków. Osiemnaście lat naszej polityki zagranicznej, to tylko naprzemienne ustawianie twarzy w kierunku organu do lizania. W miarę upływu lat wypączkowały nowe odmiany partii, następowało "mieszanie krwi" i dzisiaj mamy jedną w miarę wyrazistą partię oraz polityczny kompostnik, w którym miesza się i gnije wszystko - od zwykłego komucha do tzw. liberała czyli fuzji komucha z demokratą. Polityczna rasa dochowała się chmary "ptasząt", które potrafią tylko srać we własne gniazdo i ustawicznie nadstawiać dzioby do żarcia. Co jest ciekawe - o wystawie "wypędzonych" Steinbach mówiła od paru lat i jakoś to nikomu nie przeszkadzało, ba... nawet ktoś z Polski był uprzejmy wysłać na nią polskie eksponaty, a dzisiaj nagle zaczyna się rozpaczać nad rozlanym mlekiem, odwoływać wizyty i wycofywać eksponaty z wystawy. Kto i pod kim ryje w Polsce?, bo nie ulega watpliwości, że to niektórzy "polacy" są inspiratorami tego skandalu politycznego. Eurodeputowany RP występujący pod polskim pseudonimem "Geremek", radzi rządowi by postępował jak lekarz w myśl zasady - "po pierwsze - nie szkodzić". Komu zapytam? Może tym całuskom kanclerza i polskojęzycznego premiera na tzw. bruderschaft? Dlaczego polscy byli ministrowie spraw zagranicznych (w tym o dziwo i Bartoszewski) krytykują listem otwartym rząd własnego kraju? Czy tu chodzi o to, by Polska nie miała własnej i niezależnej polityki zagranicznej oraz o przekazanie wiadomości, że nam w tej części świata wolno tylko oddychać? Komuś wybitnie zależy na tym, by jak najszybciej odsunąć od władzy bliźniaków, bo zaczynają prowadzić niebezpieczną politykę - własną i propolską politykę, a to jest groźne dla "owoców" Okrągłego Stołu i wypracowanej tam "polskiej racji stanu". Tym kompostowym politykom jest obojętne, komu będą lizać dupę, ważne jest żeby lizać jak najdłużej i jak najwięcej zlizywać dla siebie. W tej sytuacji przestaje nawet dziwić, że SS-man Grass jest bardzo "zraniony" polskimi wypowiedziami na jego temat i nie wykluczone, że dał temu wyraz z podjudzenia jednego polskiego eurodeputowanego, który organicznie nienawidzi Polaków.

N
iemiecki Związek Wypędzonych (BdV), ten któremu przewodniczy Erika Steinbach, ma kłopoty z lustracją swoich członków. Jak napisał niemiecki "Der Spiegel" ponad jedna trzecia wysokich działaczy (jeszcze przed rokiem 1982) ukrywała swą przynależność do NSDAP (taka niemiecka odmiana partii robotniczej, tylko nie zjednoczonej). Pani Steinbach powiedziała, "że nie ma sobie nic do zarzucenia" i "trzeba odróżnić sympatyków od osób funkcyjnych". Ponadto, "Niemiecki Związek Wypędzonych nie zamierza rozliczać się z nazistowskiej przeszłości, bo to kosztuje, a BdV nie ma na to pieniędzy". To może i nasza lustracja napotyka na te same trudności? Ciekawe tylko, jak u nas wygląda stosunek sympatyków do osób funkcyjnych, bo ostatnio wychodzi, że byli sami sympatycy, którzy nikomu nie zrobili żadnej krzywdy. Może nasza lustracja kuleje także ze względu na brak pieniędzy? To też jest bardzo możliwe, ale nie róbmy jeszcze narodowej "ściepy", bo znowu rozkradną.

S
zykuje się precedens conajmniej na skalę europejską. Jak pisze agencja France Presse - "Prawicowy populista austriacki Joerg Haider zaproponował referendum w sprawie wystąpienia Austrii z Unii Europejskiej. Austriacy powinni mieć nową szansę zdecydowania, czy rzeczywiście pragną być w UE, czy stać się na nowo suwerennym i neutralnym państwem". Poparcie wśród Austriaków dla UE spadło z 66% do zaledwie 34%. Czyżby Austriacy już zrozumieli, że przystępując do Unii stracili swą suwerenność?

H
olenderski wycieczkowiec "Rotterdam" niedługo zmieni nazwę na "Schleswig Holstein 2", bo podobnie jak tamten przypłynął z wizytą, też się nie dał wypędzić i też zawiera uzbrojenie, tyle że nie wybuchowe a chemiczne. Polska musi być "potężnym" mocarstwem, skoro od kwietnia nie może się uporać z jednym kutrem wycieczkowym i to z załogą o niepełnym składzie osobowym. Statek może nie, ale sprawa musi mieć jakieś drugie dno, skoro tak skutecznie obezwładniło to cały rząd i jego przedstawicielstwo w Gdańsku. Główny powód przedłużenia postoju minął, bo jaskółki chyba już latają i teraz statek jakby oczekiwał na przylot sikorek, gili i jemiołuszek. Jeśli jest tak, jak ja myślę, to "Rotterdam" może u nas pozostać jeszcze długie lata. Każdy wie, choć na codzień zapomina, że Polska azbestem stoi. Ten gierkowski "wynalazek" budowlany zdobi nasze dachy, ściany, elewacje i Bóg wie co jeszcze, bo zwykłego obywatela nie wolno informować, by nie wzbudzać obaw o jego własne zdrowie, bo i tak nie ma kto leczyć. W Szczecinie od 2002 roku azbest usunięto tylko z jednego przedszkola, ale sprytny prezydent tego grodu natychmiast zapisał miasto do konkursu "Polska bez azbestu". Bezczelność, hipokryzja czy nędza intelektualna? Prawdopodobnie wszystko razem. "Rotterdam" musi stać, bo stanowi temat zastępczy i zasłonę dymną dla większego problemu jakim jest zdrowie obywateli podgryzane systematycznie przez polski azbest. Ponieważ z rodzimym będziemy walczyć jeszcze dziesięciolecia, więc "Rotterdamowi" może grozić zatonięcie w porcie z powodu przeżarcia kadłuba przez rdzę, na co skromnie chciałby zwrócić uwagę naszego rządu.

O
d niedawna cała Polska ma okazję obserwować nowy rodzaj ochrony prezydenta RP. Dwóch "borowików" biega przed i za prezydentem z pokaźnymi czarnymi teczkami, co chwilę go przysłaniając - a to przed sztandarem, a to przed ludem, a to od tyłu przed partyzantką (chyba). Nikt z otoczenia "pierwszego" nie chce tego komentować, a tym bardziej BOR. Ponoć w teczkach znajdują się płyty pancerne ze złomowanych amerykańskich Abramsów, które mają zatrzymywać kule lecące w stronę głowy państwa. Niby w porządku ale dlaczego takie małe? Złośliwość? Zasłanianie też przebiega w sposób, który ma chyba na celu ochranianie tylko prezydenckich "klejnotów rodowych". Samo natręctwo można też odczytać, jakby prezydentowi uświadamiano ciągle - "proszę, panie prezydencie, teczka jest przy panu". Może jednak chce się oswoić naród z widokiem czarnych teczek, bo już niedługo... pan prezydent zacznie nosić przy sobie tajne kody do uruchomienia głowic atomowych. Instytut w Świerku już odesłał do Rosji niepotrzebne nadwyżki, więc może... A dlaczego dwie teczki? Bo mamy mieć aż dwie głowice.

W
ielki wódz plemienia "czerwonych kapturków" frakcji "duzy wigwam" zapodał interwiu dla medium o tym, jak on widzi ukochany Poland. Schwytany w sieć kabli od razu zaprzeczył, że został zaproszony na uroczystości z okazji "Cudu nad Wisłą", a znalazł się tu przypadkowo na rodzinnym spacerze, unieruchomiony przez kordony policji. Szczególnie był zachwycony nowymi opancerzonymi transporterami brodzącymi, które zakupiła poprzednia rada starszych "czerwonych kapturków", a także wyraził szczery podziw, że w Polsce jeszcze latają cztery śmigłowce przeciwpancerne, przypominające mu lata chwały LWP w braterskim przymierzu z Armią Radziecką. Jest też bardzo zadowolony, że wreszcie Polskie Wojsko zaczęło reaktywować oddziały konne, co osobiście uważa za przejaw wielkiej przezorności w związku z nadchodzącym kryzysem paliwowym. Ponieważ nie samym wojskiem żyje polityk, więc obowiązkowo trącono "zawód" wielkiego wodza. Czy to prawda, że do wyborów "czerwone kapturki" pójdą ramię w ramię z Partią Obrażonych? To jest oszczerstwo. W Sejmie co prawda głosujemy tak samo, ale taka jest rola opozycji, bez względu na kolor skóry i pochodzenie, ale do wyborów pójdziemy osobno, bo mamy zbyt głębokie różnice ideowe. Naszym idolem w dalszym ciągu jest słynny muzyk John Lenin, a PO jak słyszałem w dalszym ciągu wielbi Dawida Ben Guriona i to nas niestety dzieli. Partia Obrażonych zarzuca wam, że po cichu tworzycie nowe siły zbrojne złożone z byłych fachowców formacji MO, ZOMO i ORMO. To jest potwarz, gdyż to są ludzie dawno zdemobilizowani i rozgrzeszeni przez nas, a szkoda by taka ilość wysokiej klasy specjalistów marnowała się w nowej rzeczywistości. Takie oszczerstwa są wynikiem tarć wewnątrz PO, gdzie walczą ze sobą zwaśnione plemiona z Kaszub i Galicji, ale to ich wewnętrzna sprawa. Zresztą jak państwo wiecie my potrafimy się wznieść ponad podziały partyjne, a prawdziwy polityk nigdy nie mówi "nigdy". A kogo poprzecie w wyborach na prezydenta stolicy? Naszym kandydatem jest wódz bratniego plemienia "mały wigwam", który występuje co prawda pod pseudonimem, ale całkowicie popiera naszego duchowego przywódcę i oczywiście nam sprzyja. Warszawiak z Gorzowa to cienias, a bankierka za bardzo przesadza z kosmetykami firmy "Allium sativum". My pabiedim. Hawk.

W
naszej narodowej epopei "Jak śledź śledzia śledził" dołożono nowy rozdział. Jeszcze nikt nie dokończył "Delegata", a już mamy nowy, pod tytułem "Herbert". Poważny tygodnik napisał, że książę poetów pisał wprawdzie doskonałe wiersze, ale w międzyczasie pisywał też nowelki dla esbecji, bo chciał mieć paszport, by oddychać powietrzem wolności. Wiadomość oparto nie tylko na materiałach jednego instytutu, lecz także na materiałach, których ponoć w tymże instytucie nie ma. Natomiast obrońcy pana Zbigniewa opierają się na materiałach tego samego instytutu i na tym, że tenże instytut przyznał mu status "pokrzywdzonego", co akurat w naszej rzeczywistości jest tyle warte, co obligacje z czasów rewolucji październikowej, bo ten instytut statut "pokrzywdzonego" może nadawać komu zechce i zależy to tylko od przeważającej opcji politycznej w jego władzach i partii, która aktualnie trzyma władzę. Na dzień dzisiejszy znaleźć można co najmniej jedną osobę, której status "pokrzywdzony" uratował jeśli nie życie, to przynajmniej twarz. Badanie dokumentów zgromadzonych w tej instytucji, to też loteria, przypominająca czytanie książki, którą uratowano przed przemiałem - bez początku, bez środka i bez zakończenia - gdzie z luźnych kartek wynika, że był jakiś główny bohater, który z kimś prowadził jakieś dialogi. Co ciekawsze, do takiej książki można cały czas dokładać luźne kartki, a niektóre niby nie pasujące usuwać, niszczyć albo opatrywać klauzulą "ściśle tajne" i pies z kulawą nogą zobaczyć ich nie zdoła. Wszystkim wiadomo, kto, kiedy i po co założył tę instytucję i dlatego, przynajmniej dla mnie, jest ona tak samo "wiarygodna", jak wszystkie partie pełzające po naszej politycznej scenie razem wzięte. Na podstawie takich dokumentów w każdej chwili z bohatera można zrobić świnię, a ze świni bohatera. Polski problem polega wyłącznie na tym, że na podstawie dokumentów zgromadzonych w tej instytucji o nikim nie można powiedzieć nic pewnego, bo nikt nie jest pewien wiarygodności dokumentów. W Polskę rzucono autorytet Herberta zapewne z nadzieją, że już sam temat poróżni Polaków i odsunie w ciemny kąt "grubą kreskę" i jej twórców, a co za tym idzie podważy celowość i odsunie w czasie przeprowadzenie prawdziwej lustracji prawdziwego ludzkiego bydła. Rzucanie "tematu" od czasu do czasu przypomina rzymskie "chleba i igrzysk", gdzie o chlebie od dawna już nie ma mowy. Zamiast przeciąć i wyczyścić, pielęgnujemy wrzód, który od czasu do czasu poraża wszystkich wydzieliną i smrodem. Komu tak bardzo zależy na tym, by sytuacja w kraju była daleka od spokojnej i normalnej? Chyba tylko rycerzom Okrągłego Stołu.

O
d początku zmian politycznych w naszym kraju, moim hobby stało się oglądanie uroczystości w dniu 15 sierpnia. Nie dlatego, że nasze "telewizjonnyje wajska" wyglądają co roku tak samo i pięknie (choć co roku jakby koni więcej), a dlatego by wysłuchać płomiennych przemówień w części dotyczącej "pobożnych życzeń" dla naszej armii. Od zarania ostatniej suwerenności Polski, przemówienia są jakby takie same, ale czytane coraz to innymi głosami i jakby z akcentami na inne zdania. Od osiemnastu lat słyszę ciągle, że dążymy do armii zawodowej i nowoczesnej, że nasza armia ma być mała ale mobilna, że ma być profesjonalna i dać sobie radę w każdych warunkach. Potem jak zwykle oklaski, defilada na podeszwach i czekam na to samo za rok. Przez osiemnaście lat jako tako działa tylko GROM, Formoza i dwa MIGi-29 latające na codzień wzdłuż granic byłych republik bałtyckich, a w pozostałych jednostkach zwykła codzienna szarzyzna, stary rozsypujący się sprzęt ale błyszczący od ropy i co miesiąc nowe twarze poborowych, bo ktoś musi sprzątać jednostki. Tego jednak telewizja nie pokaże. Znamiennym może być fakt, że na ostatniej defiladzie przed trybuną przejechały amerykańskie "Hummery", a w Iraku żołnierze w dalszym ciągu patrolują na obitych blachą "Tarpanach", o których zapomniał nawet polski rolnik. Czyli jest jak było, a narodowi pokazać wystarczy kompanię honorową, musztrę paradną, wojskowy chór, pare koników oraz "coś" co jeździ i jest cacy. Wszyscy ministrowie od wojska (z wyjątkiem Szeremietiewa) to tylko wyrośnięte małolaty lubiące bawić się ołowianymi żołnierzykami, z lubością przesuwający je na dużej mapie Polski, a tam gdzie polityk bierze się za wojsko, to od razu wiadomo, że będzie tylko jeszcze większy syf i malaria. No to do następnego święta.

R
ozpoczął się kolejny mecz Polska kontra PZPN, a może lepiej Polski Związek Piłki Bagiennej. Na razie nie ma silnych na prezesa i jego "towarzyszy", bo nawet aresztowania skorumpowanych sędziów i działaczy nie robią najmniejszego wrażenia na "pierwszym gwizdku PRL", wyzwalając tylko bełkot typu "czarna owca". A jak gramy w piłkę widzieliśmy na ostatnim Mundialu, gdzie Polska A (tzw. piłkarze) dostała "po winogronach", a dużo liczniejsza Polska D (tzw. działacze) cały Mundial przerżnęła w pokerka przerywając tylko na pochlaje, gdzie głównym polewającym był król strzelców za trenera tysiąclecia, bo taka widać jego "fala". Czy Polsce potrzebne są jakieś sportowe związki na szczeblu państwowym? Owszem są potrzebne, ale tak jak penisowi uszy. Czy Niemcy mają jakiś państwowy związek? A Brazylia, Anglia i inne ze światowej czołówki? Nie mają i dlatego tam się gra w piłkę nożną. Nasz PZPN to jeszcze jedna państwowa "Agencja" do przechowania dawnych towarzyszy, ubeków, milicjantów i wszelkich mentów z poprzedniego systemu, którym wcale nie chodzi o granie w piłkę, a o pieniądze i to duże darmowe pieniądze spływające z całej Polski. Zarząd komisaryczny to tylko przedłużanie agonii połączone ze stratą pieniędzy. Tu potrzeba działania w stylu Sodomy - znajdźcie dziesięciu uczciwych, a jak nie, to choć jednego. Po takim postawieniu sprawy już będzie wiadomo, co zrobić. Prezes jeszcze usilnie szuka pomocy w FIFA, gdzie albo siedzą sami ślepcy, albo tacy sami jak nasz prezes. Należy jak najszybciej rozpieprzyć to towarzystwo wzajemnej adoracji i wziąć się za następne tzw. "Polskie Związki Jakiegoś Sportu", firmowane twarzami znanych jeszcze za komuny sportowców, jako "nostalgicznym" parawanem. Zresztą sami widzimy co się dzieje i tu nie pomoże nawet woda święcona. Cudotwórca "Leon syn hakera" już załapał na garba dwa gole od Danii i to w meczu rozpoznawczym, zwanym dla zmyłki towarzyskim, bo za taki pieniądze się należą bez względu na wynik. Cudów nie będzie. Ryba śmierdzi od głowy, ale skrobię się ją od ogona. Czyli jak zwykle u nas, wszystko zaczynamy od dupy strony.

G
ünter Grass stał się postacią w Polsce bardziej znaną niż ten, który nadawał mu honorowe obywatelstwo Gdańska. Jeden z "filarów" partii tymczasowo zarządzającą Polską żąda nawet, by Grass zrzekł się honorowego obywatelstwa miasta Gdańska, a pan Günter pokazuje mu - "tu się zgina dziób pingwina". Trybunał Norymberski uznał Waffen-SS za zbrodniczą organizację w roku 1946, ale pan Günter przyznał się do członkostwa już rok wcześniej, czyli "widziały gały co brały" i pretensje do siebie, bo jakaś partyjna ciura z magistratu zapomniała zapytać u źródła. Sprawa Grassa pokazuje jednak, że zaczynamy nowy ogólnopolski mecz o puchar "idioty-patrioty". Pokazuje także, że punkt widzenia zależy od punktu na mapie kraju, bo już na przykład Toruń, ma wątpliwości i nie odbierze Grassowi nagrody im. Lindego. Prof. Lech Witkowski twierdzi, że "obecny szum wokół Grassa bierze się z fałszywego przekonania, że noblista musi być nieskazitelny". I to jest święta prawda, bo gdyby było inaczej, to nasz (przed)pokojowy noblista nigdy by nim nie został. Tak czy inaczej polska polityka potrzebuje wielkich nazwisk, by co trochę rozpalać sejmowych pseudo-patriotów i przydymiać ważniejsze sprawy, jak przykładowo tę, że pierwszy "orczyk RP" ze sforą przydupasów narobił więcej szkód u rolnika niż tegoroczna susza. Po co gadać o służbie zdrowia, gdy aż się prosi pobełkotać o Herbercie. Po co gadać o wielomilionowej aferze w MON-ie, jak można się zająć "Delegatem". Dziś w Polsce nie ma ważniejszej spraw niż ta, że Niemiec służył w Waffen-SS. A gdzie miał służyć? W Ludowym Wojsku Polskim? Panowie niby-politycy. Zamiast zajmować się Grassem, zainteresujcie się lepiej żydowskim kłamcą i polakożercą - Grossem. Zamiast zabierać tytuł Grassowi, zabierzcie dożywotnią rentę Salomonowi Morelowi, mordercy Polaków w Świętochłowicach. Tu się pokażcie, wy patrioci za dychę.

N
asz pierwszy niekomunistyczny (hehehe) prezydent zapowiedział, że zrzeknie się honorowego obywatelstwa Gdańska, jeśli nie uczyni tego Günter Grass. Proszę uważnie jeszcze raz przeczytać - jeśli Grass się nie zrzeknie, to zrzeknie się on. Już wiemy, że Grass nie ma zamiaru zrzec się honorowego obywatelstwa Gdańska, więc wychodzi na to, że Gdańsk może być lżejszy o jednego honorowego. Nie będzie to jednak proste, bo pan były "pierwszy" nie podał terminu do kiedy Grass ma spełnić zadanie (termin 30 dni podał kto inny, ale ten inny jest akurat dla pana "byłego" - "okropnym, cynicznym graczem" i ten termin nie wchodzi w grę), a po drugie nasz "były" nigdy nie zgrzeszył spełnieniem tego, co szumnie zapowiadał, by wspomnieć tylko po 100 milionów na statystyczna głowę, drugą Japonię czy "puszczenie w skarpetkach" wszystkich aferzystów. Gdańsk może mieć tylko nadzieję, ale wiadomo - nadzieja, to matka głupich, choć jak mówią także "matka jest tylko jedna", czyli reasumując - Gdańsk może spać spokojnie, bo "na zachodzie bez zmian" i chłopek-roztropek z Popowa nadal będzie wielkim gdańskim mieszczaninem, a na dodatek honorowym.

T
rwa ponoć intensywne śledztwo, dlaczego samolot tureckich linii lotniczych łagodnie wyladował na wojskowym lotnisku po jednej stronie Poznania, zamiast na cywilnym po przeciwnej. Pamiętam jak kiedyś mały niemiecki samolocik wylądował na Placu Czerwonym w Moskwie, to oprócz huraganowego śmiechu w światowych mediach na temat radzieckiej obrony powietrznej, poleciało sporo generalskich czapek i nie tylko. A u nas? U nas cichutko. Bąka się coś o tym, że pani pilot słabo znała angielski i nie znała rozmieszczenia polskich lotnisk, bo leciała w zastępstwie. To jak ona lądowała na innych lotniskach Europy? Nasi zachowali zimną krew i nie zestrzelili samolotu, co będą mieli policzone na sądzie ostatecznym, ale pozostaje pytanie - dlaczego pani pilot wybrała wojskowe lotnisko a nie cywilne? Odpowiedź może być tylko jedna - lotnisko wojskowe było lepiej oznakowane i oświetlone niż lotnisko cywilne. I nie ma co szukać pierdołowatych wytłumaczeń. Lotniska cywilne w Polsce są bardziej zamaskowane niż wojskowe. I tak naprawdę to tylko straciliśmy okazję, by pozbyć się nieudolnych karierowiczów w polskim wojsku, tym bardziej, że jedna z hipotez zakłada iż był to sprawdzian przed wylądowaniem w Polsce nowoczesnego złomu typu F-16.

W
ojna w Libanie skończyła się i dopiero teraz Polska będzie miała problem, na jakiej podstawie odwieźć ludzi wyrwanych spod żydowskich bomb z powrotem do ich domów. Sprawa ratowania polskich obywateli z terytorium objętym wojną jest zagwarantowana prawem, ale powrót już nie. Czyli "wyrwaliśmy cię śmierci tak jak stałeś", ale powrót musisz załatwić sobie sam, czyli owsiakowe "róbta co chceta". Do Polski ewakuowano około 300 obywateli naszymi samolotami i naszym paliwem za "darmo", bo to szło z innej puli, a teraz trzeba kombinować i najlepiej by było jakby naród zrobił ściepę na rodaków, którzy chcą z powrotem. Wiadomo też, że nikt nie chce zostać w takim kraju, gdzie wszystko można, ale tylko władzy. Najlepiej byłoby wyczarterować "Jumbo-Jet'a" i za jednym zamachem załatwić sprawę, ale wiadomo - w kraju bida. LOT każe sobie słono płacić, a samoloty rządowe mają zapełniony kalendarz wizyt albo są zepsute. Możnaby wykorzystać rolnicze An-2, ale trzeba zebrać flotę co najmniej dwudziestu samolotów, co w Libanie obrona przeciwlotnicza mogłaby odczytać jako nalot dywanowy. Zostały więc tylko gorące modlitwy i prośby do prezydenta i rządu, by z łaski swojej pozwolili wykorzystać flotę rządową na powrót do domu. Swoją drogą te polskie Libańczyki, to ryzykanci. W Rosji jest takie powiedzenie - "chcesz być pyłem - lataj Iłem", a w polskiej rzeczywistości - "chcesz być wrakiem - lataj Jakiem".

E
uropa walczy z terroryzmem w swoisty sposób, jakby nie wiedziała dlaczego człowiekowi nie udało się udomowić wilka. Wielka Brytania podpisała kontrakt z Arabią Saudyjską na dostawę 72 samolotów myśliwskich Eurofighter 2000 za jedyne 19 mld dolarów. Tym, którzy się tym nie interesują, mogę uzmysłowić że Eurofighter 2000 do "naszego" przyszłego F-16, ma się tak jak niemiecki "Me110" do polskiego "PZL-11c" z II Wojny Światowej. Politycy europejscy już widać zapomnieli, jak szybko wymieciono proamerykańskiego szacha i jego zwolenników z Iranu. W Arabii Saudyjskiej może być tak samo, bo u władzy jest zaledwie jedna rodzina, a narodu wiele i to wrogo nastawionego do wszystkiego, co nie arabskie. Zapominają, że jeszcze nie rozbito Al-Kaidy, a Hesbollah to nie tylko Palestyna i południowy Liban, ale wszystkie kraje arabskie z połową Afryki na dodatek. Jakoś Europa nie może zrozumieć, że muzułmanie już posiadają doskonale uzbrojony przyczółek w postaci Turcji, gdzie opcję proeuropejską można natychmiast zamknąć w jednym, średniej wielkości więzieniu. Francuzi i Brytyjczycy przez swoją super tolerancyjność już poznali smak "miłości" Arabów do ich nowych ojczyzn, a to jest kilkumilionowa siła, którą łączy ponadnarodowy i ponadjęzykowy islam i to ten w najgorszym wydaniu. Znakomicie ułatwia też zadanie europejska polityka prorodzinna, która na pierwszym miejscu stawia pieniądz i wygodę, a potomstwo gdzieś na szarym końcu i jeśli pójdziemy za przykładem byłego kanclerza Niemiec, który zamiast niemieckiego dziecka zaadoptował "coś" ze wschodu, to szybko zrozumiemy, dlaczego przyszła wojna islamu z chrześcijaństwem zakończy się bardzo szybko i zwycięstwem tych pierwszych. To co piszę, to zwykła kalkulacja na podstawie znanych faktów, a rasizmem wyda się tylko tym, którzy nie chcą nic widzieć, a do myślenia używają tylko "intelektualnego" organu, położonego zaledwie metr nad własnymi stopami.

P
olski "Bóg Morza Bałtyckiego" rodem z Ligi Pana Romana uruchomił ministerialną procedurę znaną pod skrótem "RWD" (ratuj własną dupę) natychmiast, jak tylko doniesiono mu, że berlińska wystawa "o wypędzonych" jest źle postrzegana przez kręgi liberalno-demokratyczno-żydowskie i to nie tylko polskie, bo i Europy zachodniej a nawet Rosji. Przekazanie na wystawę dzwonu okrętowego z wycieczkowca "Wilhelm Gustloff" natychmiast skojarzył z innym wycieczkowcem "Rotterdam", co już całkiem przeorało jego psyche. Minister natychmiast wystosował pismo do szefa Polskiego Ratownictwa Okrętowego, w którym językiem urzędowym wykonał tzw. "OPR" (opier....) oraz wskazał na niestosowność wysłania dzwonu, bo wystawa pod patronatem kanclerza Niemiec i przewodniczącego Bundestagu, okazała się kontrowersyjna jeszcze przed wysłaniem polskiego eksponatu. Szef PRO wyprostował "ruki pa szwam" i na podstawie "CU" (cennych uwag) ministra wystosował memoriał do Rzeszy o natychmiastowy zwrot co prawda niemieckiego dzwonu ale wydobytego z polskiej wody, najbliższym pociągiem i na własny koszt. Sprawa może jednak potrwać, bo na własny koszt już od maja opuszcza nas inny wycieczkowiec, który teraz ma wziąć kurs na Kaliningrad. Panu ministrowi radziłbym zabrać dzwon z "Rotterdamu" przed opuszczeniem Gdańska, bo udaje się na wrogie wody terytorialne, a jak wiadomo rosyjscy dowódcy łodzi podwodnych jeszcze nie przestali "grzać" gorzały na lądzie, na morzu i pod wodą, więc po co robić sobie kłopot z wydobywaniem następnego eksponatu.