SZARODZIENNOŚĆ
czyli o czym rozmyśla bezrobotny obywatel nie uwikłany w trud rządzenia państwem.

• Narody giną wtedy, kiedy nie umieją odróżnić ludzi złych od dobrych • Antystenes •

P
ostanowiłem zrobić coś innego niż dotychczas. Wszyscy piszą takie niby pamiętniki, więc dlaczego nie popróbować. Oczywiście nie każdemu będą się podobały, bo jestem raczej radykalnych poglądów i nie używam języka uważanego za organ dyplomacji. Nie obiecuję, ale będę się starał nie nadużywać mocnych wyrazów, a szczególnie tych zawierających dużo liter "R" chociażby z uwagi na małą żywotność sprzedawanych dziś klawiatur. Nie cierpię polityków za ich pychę, próżniactwo i lenistwo z silnym parciem na szkło, a także za rozdwojony język i za to, że nie zrobili nic dla Polski i Polaków. Nie wiem jaki organ u nich jest odpowiedzialny za przekształcanie myśli w mowę, wiem natomiast, że organ odpowiadający za myślenie jest u większości położony zaledwie metr nad ziemią. Jestem człowiekiem tolerancyjnym, ale nie lubię jak tolerancję myli się z promocją i całkowicie popieram pewnego inżyniera, który powiedział, że "zadaniem tłoka jest posuwanie się w tłoczysku, a nie w rurze wydechowej". Uważam także, że istnieje światowy syjonizm i jego doskonała symbioza z komunizmem, co pozwala mi zrozumieć rolę tej hybrydy, tak wszechobecnej w rządzeniu Polską od czasu zakończenia II wojny światowej i szczególnie teraz po tzw. transformacji. Czy istnieje spiskowa teoria dziejów? Uważam, że tak, choć niektórzy głośno temu zaprzeczają, zapewne dlatego, że sami siedzą w tym spisku po uszy. Znam też problem zwyczajnej biedy, bo mieszkam w przygranicznym miasteczku, gdzie wałęsiana polityka zmusiła połowę mieszkańców do pracy w "handlu zagranicznym". Taki już jestem. Stanisław Lem powiedział o nas, Polakach: "Nikt nic nie czyta, a jeśli czyta, to nic nie rozumie, a jeśli nawet rozumie, to nic nie pamięta". Postarajmy się to zmienić, bo zginiemy jako naród.

P
rasa doniosła, że pewien wysoko postawiony specjalista od "tańca z flagami" promujący Polskę po obcych ambasadach (oczywiście nie na trzeźwo, bo to u niego stan wyjątkowy) utrudnia pracę polskiemu sądownictwu. Nie stawia się na wezwania jako świadek (na razie jako świadek) w słynnej aferze LFO, bo... nie może zawieść amerykańskich studentów, którzy walą wszystkimi otworami na jego wykłady prowadzone w języku zbliżonym do angielskiego i wszystkie zatytułowane - "jak nic nie robić, by dużo zarobić". Rzeczpospolita jest bezsilna, a raczej bezwładna, bo jest przecież coś takiego jak międzynarodowy list gończy. Może Wysoki Sąd ma obawy, że Amerykanie nie odczytają poprawnie jego nazwiska? Można przecież wysłać na poprzednie, bo te z pewnością odczytają na całym świecie. Media także donoszą, że rzeczony zajął także pierwsze miejsce w rankingu na najbardziej seksownego polityka. Jakie kryteria lub co gorsza wymiary, zadecydowały o mistrzostwie i jaką grupę polityków poddano badaniu nie wiadomo, ale chyba nie startował pewien prawnik z SLD czy restaurator z Samoobrony (obydwu łatwiej przeskoczyć jak obejść). Wygrał zasłużenie, bo jak wiadomo, żadnemu Polakowi seks nigdy nie kojarzył się z inteligencją.

O
kazuje się, że Francuzi mają przemożny wpływ na spożycie alkoholu przez Polaków. Dowiodła tego była minister kultury PRL-bis określana przez niejakiego "nijakiego" jako "lewica lwicy z małym sercem w wielkiej piersi". Otóż ta pani fanatycznie kibicując mundialowemu finałowi, a konkretnie potomkom rewolucji rozumu, została zdołowana piękną główką Zidana (tyle że w klatę Włocha) i musiała natychmiast spożyć. Potem wsiadła do samochodu i wykonała coś podobnego, tyle że walnęła cyklistę swoim przyborem do jeżdżenia. Przybyła na miejsce policja stwierdziła około 1 promila alkoholu na wydechu, co u kobiety znaczy tyle samo, co 4 promile u traktorzysty niedawno ściganego kilka godzin przez policję (złapali go dopiero jak wysiadł mu GPS i uderzył w drzewo). W teorii wyleniała lwica jest zagrożona 2-letnim wypoczynkiem na koszt podatnika, ale nie ma się co łudzić, bo tacy do pierdla nie trafiają. Tym bardziej, że już tam siedzi mąż rzeczonej (też walnął, ale nie swoje pieniądze) i na wolności nie miałby kto pilnować geszeftu, a dolarów do wydania zostało.

J
ak zapewnić dziecku przeżycie za 27 złotych miesięcznie? Taki tytuł przeczytałem w dzisiejszej "wp.pl" i jest to jedno z wielu dramatycznych pytań, jakie pojawiają się w polskiej prasie. Jak to się dzieje, że po 17 latach istnienia suwerennej Polski zwykli ludzie mają coraz gorzej? Jak to się dzieje, że pomimo "usilnych" działań rządzących naszym krajem nie spada bezrobocie? Jak to się dzieje, że pomimo milionowych dotacji z UE polski rolnik jest na skraju nędzy? Kto zniszczył polski przemysł, rybołówstwo, górnictwo, kolejnictwo, morski transport, naukę, prawo? Kto z premedytacją dąży do unicestwienia polskiego narodu? Gdzie się podziały i podziewają w dalszym ciągu pieniądze ściągane bezwzględnie z ciężko pracujących ludzi? Dlaczego NFZ z premedytacją dokonuje eutanazji na Polakach? Kto w mistrzowski sposób manipuluje narodem i zdołał go do tego stopnia ogłupić, że żadna zmiana na lepsze jest praktycznie niemożliwa? Kto za tym stoi, Polacy...? Tak i to niezmiennie ci sami lub ich synowie, córki i zwolennicy nieśmiertelnego komunizmu, wielkopańskiego trybu życia, próżniactwa, intrygi i wielkich pieniędzy. Okazuje się, że PZPR wcale nie umarła - ona ma się świetnie, choć zmieniła szyld i rozpadła się na mniejsze organizmy nazywane dla niepoznaki demokratycznymi, liberalnymi, proeuropejskimi i czort wie jakimi jeszcze marionetkami, za których sznurki pociągają zawsze ci sami. W dalszym ciągu jesteśmy bardzo związani ze Związkiem Radzieckim (też dla niepoznaki - Rosja) niezrywalnymi nićmi "dozgonnej przyjaźni i braterstwa" wytwarzanymi z... ropy naftowej. Kto stoi za przeraźliwie głośną nagonką na PiS i kościół - Polacy czy "prawdziwi Polacy"? Kiedy i dlaczego naród polski wpadł w odrętwienie i zaczał niemyśleć? Kto stworzył tak doskonałą ordynację wyborczą, że wyborca nie ma żadnego wpływu na wybieranych? Dziś większość odwróciła się od "Solidarności", bo ta zaprzepaściła idee robotniczego sierpnia. Czy słusznie? Historia jest starannie selekcjonowana i mało kto dziś pamięta, że były dwie "Solidarności". Pierwsza do stanu wojennego, po wprowadzeniu którego została zdelegalizowana i oczyszczona z niebezpiecznych elementów (Gwiazda, Walentynowicz i wielu innych) oraz druga, stworzona od podstaw w stanie wojennym, już "bezpieczna" dla "nowej Polski" (bo utworzona przez bezpiekę) ze starym, "bezpiecznym" już przywódcą, wyczyszczoną z prawych Polaków i o składzie służalczo podporządkowanym polskiej komunie. Ta druga ukradła tylko znak pierwszej i właśnie ta druga przystąpiła do Targowicy w Magdalence i to plecach tej drugiej Solidarności na scenę polityczną wjechały same plewy. Jednak o naszych "rycerzach okrągłego stołu" mówi się dziś niewiele i sprawa pomału przysycha. Dopiero prezydent Kaczyński przypomniał Polakom o pierwszej Solidarności wręczając Gwieździe i Walentynowicz ordery Orła Białego. To właśnie dlatego "tych dwóch, co ukradli księżyc" i ich PiS są niebezpieczni dla Polski!
Dla której Polski...?

M
inisterstwo Obrony Narodowej rozpisało konkurs na nazwę dla samolociku szkolno-bojowego F-16. Dzięki tej, jakże "trafnej" transakcji, cała Polska będzie utrzymywać linię produkcyjną Lockheed Martin, która miała zostać dawno zlikwidowana ale nie została, bo skądś trzeba będzie kupować zabytkowe części zamienne. Pamiętamy zapewne wielki entuzjazm wokół całej sprawy i jakie to profity z tzw. offsetu miał czerpać nasz kraj. Zlikwidowaliśmy przy okazji niepotrzebny już polski przemysł lotniczy, ale za to Ameryka postawiła nam super nowoczesną linię do produkcji... smażonych kartofli. Za wybór tego drogiego bubla nie odpowiada nikt i nikt nie poniesie żadnej (nawet politycznej) odpowiedzialności. Ja staję do konkursu. Moje typy to "Nietrafiony" albo "Malwersant", a polskiego nieba strzegą póki co stare, powiązane drutem MIG-21 i Su-22 wspomagane flotą rolniczych An-2, którą w każdej chwili można uzbroić w doskonałe Kałasznikowy (wersja myśliwska) lub granaty F1 (wersja bombowa) albo we wszystko naraz. Jest tajemnicą poliszynela, że nasi cywilni wojskowi w ostatnich kilkunastu latach wyrzucili w błoto ponad 2 miliardy złotych organizując i zrywając przetargi na uzbrojenie. Jest to wynik niekontrolowanej głupoty połączonej z dziecinną naiwnością. Bo jak nazwać chciejstwo zakupu śmigłowca o właściwościach Apacza ale po 1500,00 zł za sztukę?

S
uper Ekspress donosi: "Premier Kaczyński boi się latać samolotem". Niby sprawa zwyczajnie ludzka, a jednak nie. Kto uważnie śledzi światowe wydarzenia przypomni sobie zapewne, że na taką przypadłość cierpi także "wschodzace słońce" Korei Północnej - Kim-Dzon-Il, synalek Kim-Ir-Sena. Przesłanie dla ludu i świata jest jasne - w Polsce do władzy doszedł dyktator. Mało tego. W tym samym czasie w niemieckiej gazecie "Frankfurter Allgemeine Zeitung" zostaje opisana sylwetka polskiego premiera w artykule pod tytułem "Dysydent". Początek świetny - "dysydent bez skazy", ale zaraz potem dowiadujemy się, że "dziś trudno w nim rozpoznać dawnego bojownika o wolność", że "zapomniał o obietnicy wyborczej utworzenia koalicji środka i zawarł sojusz z radykalnymi małymi partiami" i że "składając przysięgę w Sejmie złamie kolejną obietnicę - niewchodzenia do rządu, jeżeli jego brat zostanie prezydentem". Najciekawsze jest to, że tego nie napisał Niemiec. To napisał nasz człowiek z Warszawki o czysto polskim nazwisku Schuller.

P
ewne przedsiębiorstwo od spraw czytania myśli przeprowadziło błyskawiczną sondę na telefon, dzwoniąc do 800 obywateli (nazywanych dla zmyłki "reprezentatywnymi") z zapytaniem jak oceniasz polskich prezydentów. Po podsumowaniu z góry ustalonego wyniku wyszło, że najgorszym z dotychczasowych "pierwszych" został Lech Kaczyński, czyli jak zwykle w rankingu słów - NKWD, UB, SB, TW, Komunista, Syjonista i Polak - ten ostatni najwyraźniej przegrywa.

N
ie ma ludzi zdrowych, są tylko nieprzebadani. Ten niegdysiejszy lekarski żarcik dzisiaj staje się podstawowym prawem medycyny. Podobnie jak z hasłem nowoczesnej medycyny - "Lekarzu pamietaj, że każdy wyleczony pacjent, to utrata twoich dochodów". Ech, gdzie te czasy, kiedy człowiek poszedł do przychodni, powiedział co go boli, a lekarz zbadał, postawił diagnozę, wybrał lek i człowiek udawał się na zasłużone chorobowe. Dzisiaj nie masz szans na leczenie, jak nie wiesz na co chorujesz. Siedzi przed tobą urzędnik w bieli i czeka jak powiesz na co jesteś chory. Potem wyciąga wielką księgę leków z zakładkami firmy, która zorganizowała ostatni ochlaj, o przepraszam - zorganizowała ostatnie szkolenie na temat leków, długo wybiera specyfik oceniając spod oka Twoje dochody i przepisuje go na receptę. I nie musi być na Twoją chorobę, bo to nie ma znaczenia. A co zrobić, gdy trzeba zwiększyć liczbę chorych? Anglicy wpadli na pomysł - wyszli z założenia, że na świecie zbyt mało jest ludzi dotkniętych autyzmem. Dlatego "zliberalizowali" objawy i wyliczyli, że takich chorych będzie około 1% światowej populacji. Teraz będzie tak: lekarz o coś cicho zapyta, a Ty nie usłyszysz. Kiedyś głośniej by powtórzył, ale teraz już zapisze - pacjent rozkojarzony, nie kontaktowy, zamknięty w sobie, podejrzenie autyzmu, wymaga natychmiastowego leczenia. I o to chodziło. Jest pacjent, jest praca i są świeże pieniądze.

P
o raz kolejny pokazaliśmy Unii Europejskiej, że z nami trzeba się liczyć. W 596 rocznicę bitwy pod Grunwaldem stoczono kolejny replay, w którym wzięło udział 1,5 tysiąca "rycerzy" z całej Europy. Wielkie znaczenie wydarzenia w naszej historii poświadczył sam Minister Obrony Narodowej imć Radosław Sikorski dając znak do rozpoczęcia bitwy strzelając z armaty. Dziwne to trochę, gdyż jak wszystkim wiadomo z armaty strzelili tylko Krzyżacy. Czyżby pan minister dawał do zrozumienia do kogo mu bliżej? Nasi zgodnie z przekazem rozpoczęli od Bogarodzicy, natomiast Wielki Mistrz od rozmowy z telefonu komórkowego do... nie wiadomo. Może dzwonił do von Plauena albo do Malborka? Bitwa zakończyła się wielkim zwycięstwem połączonych sił Polski i Litwy i wielkim skandalem organizacyjnym. Chcący ruszyć natychmiast pod Malbork zmotoryzowani turyści utknęli w giantycznym korku nie mogąc wydostać się z parkingu. Prawdopodobnie organizatorzy przez głupotę powierzyli parking krzyżackim ciurom, którzy zebrawszy pieniądze za parkowanie udali się natychmiast na pole bitwy, z którego niestety już nie powrócili.

J
ak działa polskie pogotowie ratunkowe możesz dowiedzieć się w Wielkiej Brytanii. Pewna starsza pani mieszkająca w Polsce zadzwoniła na pogotowie, bo cierpiała na silny ból głowy. W odpowiedzi usłyszała, że musi poczekać. Starsza pani przez ten sam telefon poskarżyła się wnuczce mieszkającej na wyspach, a ta niewiele myśląc zadzwoniła pod numer ratunkowy u siebie. Angielka uznając, że pomoc jest potrzebna, a nie mogąc wysłać karetki z Wielkiej Brytanii, powiadomiła polską ambasadę w Londynie. Ta z kolei przedzwoniła do Warszawy, a Warszawa do szpitala położonego najbliżej starszej pani, bo na pogotowie się nie dodzwonili. I tak dzięki Brytyjczykom starsza pani w Polsce otrzymała pomoc i czuje się już dobrze. Nie choruj jak nie masz krewnych za granicą.

Z
aczynam się już zastanawiać czy nie zacząć kupować mąki i soli, bo na świecie zaczyna być coraz nieciekawiej. Prawie wszystkie przepowiednie mówią, że trzecia światowa ma mieć początek na Bliskim Wschodzie, a tam już gorąco. Dyplomacja światowa zachowuje się jak wietnamska obrona przeciwlotnicza. Tam radar namierzał samolot, a potem wyskakiwało dwustu wietkongistów, zaczynało grozić palcem i samolot odlatywał. Tu identycznie, ale tu grożenie palcem nic nie da. Żydzi i Arabowie nie stosują taktyki Wietkongu, bo mają swoją i sprawdzoną. Przywódcy mocarstw obradują w Sanpitrze, czyli G-7 plus 1 trzymający głowice razem z ropą i gazem, liżą się po... twarzach i udają, że coś ważnego postanowią. Nic nie postanowią, bo jak zwykle chodzi tylko o płyn, którego zaczyna brakować w zachodnich bakach, Pucio nerwowy i może nie dać, a do rury Ribbentrop-Mołotow jeszcze daleko. Ciekawe jak długo potrwa ta miłośc do KGB, bo jak słyszałem w stanie Kolorado odkryto złoża ropy, które uniezależnią USA od świata na 200 lat. Przed chwilą radio podało, że Niemcy już wysłali okręty wojenne do Libanu by ewakuować swoich, a nasi dopiero sporządzają listy kto chce wyjechać. Zdaje się, że może przybyć nam bohaterów "za wolność waszą i naszą", bo zamiast zejść do schronu będą stali w kolejce przed ambasadą. Na razie Polska, a właściwie polski rząd jest pod ciągłym atakiem z zachodu. Włosi - "Bliźniacy hamują kurs Polski", Niemcy - "Wałęsa atakuje braci Kaczyńskich" (no, tu się zgodzę, bo Lecho nie wierzył w krasnoludki) albo "Jarosław Kaczyński będzie niewygodnym partnerem w UE". Nawet naczelny rabin zwałęsanej Solidarności gromi naród z Brukseli, że stajemy się narodem kołtunów i "nie dopuści, by Polska stała się przykładem nietolerancji". Może my i mało tolerancyjni, ale za to w dobrym towarzystwie, bo z nami wymieniono Niemców, Francuzów i Belgów, chociaż u nas jeszcze nie palą samochodów. Jak to się dzieje, że nagle Polska stała się "wyrodkiem" w Unii Europejskiej? Czy dlatego, że nowy rząd i nowy prezydent chcą wreszcie coś zrobić dla Polaków? Czy dlatego, że nasz prezydent nie przypomina "boskiego" Sylwio? Może dlatego, że zachód poniósł straty robiąc wszystkie druki na tego, co miał być a padł tuż przed metą? A może dlatego, że są nie na rękę pewnej grupie sięgającej po władzę nad światem. Myślę, że to nie jest głos zwyczajnych Niemców czy Włochów, a głos tego klanu, którego bracia aktualnie atakują Liban. Najgorsze jednak jest to, że do tego chóru wujów dołączają także nasze muchy-plujki, jak słynny bajarz ludowy dwojga imion z Partii Obrażonych czy rockowy wierszokleta spod Wawelu. Kraj latających siekier.

C
oraz więcej badaczy najstarszego piśmiennictwa polskiego zaczyna skłaniać się ku tezie, że średniowieczna pieśń religijna "Bogarodzica" nie jest pochodzenia polskiego, a wywodzi się z kręgów prawosławno-bizantyjskich. Jej prawykonanie w bitwie pod Grunwaldem (jak pisał anonimowy Gall) nie jest też pierwszym, bo istniała ona już na kilka wieków wstecz i "powróciła" do Polski wraz z królem Jogaiłłą. Jest to potwierdzenie mojej tezy, że w roku 966 wraz z chrztem odebrano nam historię i zaczęto pisać nową. Tam gdzie nie doszedł rzymski miecz i ogień uchowała się historia, która miała więcej wspólnego z ludem zamieszkującym polskie ziemie niż nam się wydaje. Jak widać niektóre perełki naszej historii sprzed 966 roku przetrwały, choć nie u nas.

D
laczego w Polsce partie polityczne nie mogą zawiązywać trwałych, a przede wszystkim mądrych koalicji? Okazuje się, że jest to niemożliwe ze względu na budowę mózgów wybrańców narodu. Milowym krokiem, by nie powiedzieć sensacją, są ostatnie badania przeprowadzone na Uniwersytecie w Los Angeles. Wnioski z badań przekazało RMF - "Przynależność partyjna danej osoby silnie wpływa na to, jak jej mózg reaguje na polityków. W mózgu działacza partyjnego patrzącego na twarze przeciwników politycznych dochodzi do silnego pobudzenia działania układu sterującego emocjami. Układ ten odpowiada między innymi za narastanie naszej niechęci wobec kandydatów przeciwnej opcji politycznej. Eksperyment pokazał, że polityczne przekonania znajdują daleko większe odbicie w pracy mózgu, niż do tej pory sądziliśmy. Co więcej, okazało się, że im bardziej niechętnie myślimy o konkurencji, tym gorętsze są nasze pozytywne uczucia wobec własnego kandydata. Badania, prowadzone w Stanach Zjednoczonych miały uproszczony charakter, bo w praktyce działa tam dwupartyjny system polityczny". To dlatego u naszych polityków, obszar mózgu zajmujący się identyfikacją "swój-obcy" musi zajmować kilkakrotnie większą objętość i zwykle kosztem obszaru odpowiadającego za myślenie. Nie dziwi już chyba, że nasz Sejm z tyloma partiami przypomina schronisko dla psów, w którym złośliwcy usunęli wszystkie ściany klatek i dlatego nierzadko gryzą się politycy tej samej rasy. W tak obciążonych mózgach nie ma już miejsca na cele czy wizje państwa i racjonalne rządzenie. Ja proponuję jeszcze zapis w ordynacji wyborczej - kandydat na parlamentarzystę musi legitymować się rozmiarem mózgoczaszki (czyli popularnie mówiąc "baniaka") o 10% większym od przeciętnej obywatelskiej na każdą partię polityczną. Współczynnik procentowy każdorazowo określi Państwowa Komisja Wyborcza na miesiąc przed sporządzeniem list wyborczych.

P
olska Agencja Prasowa donosi: "Polacy będą robić benzynę z węgla". Jeśli wyjdzie nam tak samo jak "robienie wody z mózgu", to sukces światowy murowany. Ciekawe tylko, co zrobi nasze państwo, by przekwalifikować setki tysięcy śląskich rodzin utrzymujących się z handlu "czarnym złotem"?

O
co chodzi z tym ministrem Giertychem? W czym jest gorszy od poprzednich Ministrów Edukacji Narodowej, którzy nie dość, że nic nie zrobili dla nauki, to jeszcze ją dokumentnie rozpieprzyli? Dlaczego do nagonki wykorzystuje się nawet nieświadomą polską młodzież? Dlaczego sami nauczyciele buntują uczniów przeciw swojemu ministrowi? Czy tylko dlatego, że pan minister sam nie lubi z chłopcami i nie lubi tych co lubią? Czy dlatego, że wreszcie chciał zacząć uczyć Polaków historii własnego kraju? Sądzę, że pan minister wdepnął w strefę zakazaną dla Polaków, w sferę pewnej grupy, która nie może i nie chce dopuścić aby zwyczajny Polak był mądry i zaczął poznawać historię swojego kraju. Prawdziwą historię i to tę z prawdziwymi nazwiskami. Wedle tej grupy Polak musi być głupi, bo Polak "ma być tylko ręka i noga do roboty" a od myślenia jest kto inny "co on jest głowa". I stąd ta cała wrzawa. Tu nie wcale chodzi o Giertycha, bo na tym stanowisku mógł znaleźć się ktoś zupełnie inny, tu chodzi o to, że tego stanowiska nie może piastować Polak. Uś... panie Gertyś, pan musisz odejść, bo pan nie mieć czerwony podniebienie i nie pachniesz pan czosnek.

P
ytanie: "Panie profesorze, wydaje mi się, że pan niezbyt lubi Polaków!" Odpowiedź: "Niezbyt lubię? Takie określenie jest niezbyt ścisłe! Ja ich po prostu nienawidzę. Tak nienawidzę, że nie wiem jak to wyrazić słowami". I z tego samego wywiadu: "...cały ruch społeczny, który tworzymy oraz ożywimy go najróżnorodniejszymi nurtami politycznymi, ma na celu doprowadzic do takich zmian w strukturze państwowo-gospodarczej Polski, aby Żydom w Polsce żyło się zawsze lepiej jak Polakom". Czy wiesz kto udzielał odpowiedzi? A może się domyślasz? To znany "polski" polityk z pierwszych stron gazet, "rycerz Okrągłego Stołu", polityk który dzisiaj reprezentuje Polskę i Polaków w Brukseli.  dla dociekliwych - więcej w wywiadzie Hanny Krall

J
ak tu zacząć, bo rzecz jest rewelacyjna aczkolwiek politycznie delikatna. Jak powiększyć liczebność narodu, a jednocześnie nie dać do zrozumienia o co właściwie chodzi. Właśnie nadarzyła się sposobność. AIDS nazwano chorobą XX wieku i do tej pory wydano miliardy dolarów na samo zrozumienie istoty choroby wynajdując przy okazji niby leki, które uśmierciły więcej chorych niż sama choroba. Ostatnie doniesienia wskazują jednak na to, że wreszcie za badania wzięli się "odpowiedni" ludzie i opracowali rewelacyjną metodę, bo bardzo tanią i bardzo skuteczną. Francuskojęzyczny dziennik Le Figaro doniósł, że według Światowej Organizacji Zdrowia - "obrzezanie zmniejsza ryzyko zarażenia się wirusem HIV. Może więc być sposobem powstrzymania epidemii AIDS. Usunięcie napletka może o średnio 60% zmniejszyć ryzyko przekazania wirusa mężczyźnie przez kobietę". Jest to na razie hipoteza, aczkolwiek poparta chyba jakimiś badaniami, ale z tego powodu istnieje pewne niebezpieczeństwo jej zastosowania. Otóż zabieg obrzezania jest działaniem w jednym tylko kierunku, którego już nie można odwrócić. Raz wykonany, zostaje na całe życie. A co, jeśli nie pomoże na AIDS? Nic..., bo przecież nie o to chodzi. Śmierć prędzej czy później dotknie każdego, ale obrzezanie wydatnie zwiększy (przynajmniej teoretycznie) liczbę synów rodu Abrahama. Tyle, że potem nie pomoże tłumaczenie, że musiałeś. Naród wybrany nie rozpoznaje się po mowie, czynach czy historii. On rozpoznaje się tylko po jednej drobnej części organu. Jeśli odczuwasz obawy, że możesz się zarazić, to... masz wybór. PS. Słyszałem, że w Polsce już za czasów pierwszego prezydenta Obojga Narodów, miała ruszyć produkcja tej części ciała z mocowaniem "na rzepy", co mogłoby być jakimś wyjściem. Mogłoby, bo "sprawa się rypła".

C
o należy zrobić, by ujarzmić naród bez uciekania się do metod powszechnie przyjętych za nie humanitarne? Czy należy to zrobić szybko czy też proces rozłożyć na lata, by przez to stał się mniej zauważalnym? Metodę "na szybkiego" stosowali już niejedni i dlatego zostali osądzeni przez potomnych przez wpisanie ich na czarne strony historii, a wizerunków tychże używa się do dzisiaj przede wszystkim do straszenia dorosłych. Nie będę sypał nazwiskami, bo są zbyt znane i można je znaleźć we wszystkich ustawach mówiących o walce ze złem. Jaka jest różnica pomiędzy poderżnięciem gardła a rakiem tegoż? Jest i to duża chociaż wynik jest zawsze ten sam. W pierwszym przypadku dzieje się to nagle, jest dużo krwi i ogólnie odbiór jest bardziej niż negatywny. Drugi przypadek, choć działa tak samo skutecznie, jest już rozciągnięty w czasie i oglądany jedynie z troską i bólem współczucia w oczach najbliższych. Jest, co najważniejsze, przypadkiem zaliczanym do "naturalnych" i nie wywołuje żadnych skojarzeń co do działania osób trzecich, a więc całkowicie przyswajalnym przez społeczność. Ma wszakże jedną wadę - trzeba czekać na zejście i to czasem dość długo. Dlaczego to piszę? Otóż zastanawia mnie działalność polskiej służby zdrowia i bynajmniej nie chodzi mi o lekarzy, pielęgniarki i ogólnie personel wymienionej, a o sam system działania regulowany poprzez ustawy i rozporządzenia, które absolutnie nie leżą w gestii wymienionych. Pierwszą rzeczą po tzw. transformacji ustrojowej było utworzenie Kas Chorych jako powrót do przedwojennej, dobrej i sprawdzonej tradycji. Zapomniano jednak przygotować na to tzw. powszechną służbę zdrowia, którą to pierwszy "prawy prosty" zachwiał i to porządnie. Nie zapomniano natomiast o wydzieleniu placówek "Nur für Władza", które do dziś prosperują wspaniale ale nie są dostępne dla tzw. motłochu.
Już się wydawało, że wszystko jest na dobrej drodze, gdy następna ekipa uderzyła ponownie tym razem "lewym sierpowym" i bardziej skutecznie. Rozbiła puzzle, których ponowne układanie już prawie kończono i zafundowała nam nowy twór - Narodowy Fundusz Zdrowia. Zamiast służby zdrowia, która miała leżeć w gestii samorządów, sklonowano super-doktora, który miał nas leczyć centralnie. Był to cios, który zabrał szpitalom pieniądze, a które teraz miały być wydzielane przez fundusz skupiony w jednej "rządzącej" dłoni. Cios ten powalił całą służbę zdrowia dla pospólstwa i teraz należało już przystąpić do kopania leżącego. Ustalono listę leków refundowanych dla narodu czyli spis najtańszych leków pierwszej generacji, a więc takich, jakie dziś bogaty świat wysyła do krajów najuboższych jako humanitarną akcję, która ma "pomóc" ale nie leczyć. Następnie "fundacje" (będące faktycznie mackami rządu), zaczęły ofiarować szpitalom nowoczesny, darmowy sprzęt, za którym po jakimś czasie nadeszły wcale niemałe rachunki. Szpitale nagle popadły w niebotyczne długi, które zaczęły ściągać "hieny w togach" (też rządowe), a które ktoś po pewnym czasie zaczął po cichu wykupować. Okazało się niebawem, że długi szpitali wykupił nie kto inny a Narodowy Bank Polski pod kierownictwem starszej pani używającej na codzień polskiego pseudonimu (dzisiaj w Partii Obrażonych). Nie zmieniło to w zasadzie nic, oprócz tego, że w szpitalach zaczęło brakować pieniędzy na wypłaty, wyżywienie i leki. Zaczął się "zaplanowany przez rząd" choć nie kontrolowany odpływ personelu za granicę, przeważnie młodego i wykształconego, a w zamian zaczęto sprowadzać "ersatz" zza wschodniej granicy, a pielęgniarki nawet z dalekiej Azji. Sprawa polskiego lecznictwa do dziś nie została rozwiązana i nie będzie, bo nie leży to w interesie żadnego rządu. Nic nie zrobi nawet słynny kardiolog, bo w dalszym ciągu myśli jak "czerwony kapturek", a po drugie nie otrzyma poparcia ani "polskiego" rządu ani "polskiego" Sejmu. Społeczeństwo choruje w dalszym ciągu ale nie ma już szans na leczenie. I o to w tym wszystkim chodzi. Schorowany i pozbawiony opieki medycznej naród wcześniej czy później zejdzie do grobu i zostanie tylko garstka odpornych, która już nikomu nie będzie w stanie zagrozić.
Jeśli żadnemu rządowi nie zależy na zdrowym społeczeństwie, to należy postawić pytanie - z jakiego narodu wywodzi się rząd, któremu nie zależy na własnym narodzie. Odpowiedź może być tylko jedna - z pewnością nie z tego narodu. Jeśli jesteś Polakiem i nie wszystko zrozumiałeś - przeczytaj to jeszcze raz, bo to jest bardzo ważne. Dla Ciebie, dla Twoich dzieci i dzieci Twoich dzieci.

C
zy choroba może mieć podłoże polityczne, a dokładniej czy może być skutkiem politycznych decyzji lub ich zaniechania? Rozpatrzmy to na przykładzie nierzadkiej, aczkolwiek uciążliwej "bębnicy". Jest to choroba spowodowana nadmierną fermentacją pokarmu w układzie, powodującą tzw. wiatry. Sama nazwa "wiatry" jest trochę nieszczęśliwa, gdyż objawy choroby przypominają bardziej odgłosy perkusji - od dziecinnego werbelka po kotły wielkiej orkiestry symfonicznej i są bardziej adekwatne do nazwy właściwej. O ile sam objaw (a zarazem skutek) choroby daje uczucie szczęścia choremu, o tyle już otoczenie zwykle nie wykazuje oznak szczęśliwości, dając temu wyraz w dziwnym wyrazie twarzy i gwałtownym poszukiwaniu oaz świeższego powietrza. Fakt ten należy jednak zaliczyć do oddziaływań społecznych ale jeszcze nie politycznych. Choroba doczekała się wielu opracowań naukowych, z których najważniejsze było ustalenie normy "wydechów" wynoszącej 9-17 (max. 21) na dobę dla człowieka zdrowego. Co leży zatem u źródeł choroby? Przede wszystkim złe odżywianie, które powoduje nadmierne gnicie pokarmu w układzie wytwarzając przy tym nadmierne ilości metanu, wodoru i dwutlenku węgla (gazy bezwonne) oraz w zależności od ilości i jakości bakterii tzw. nawaniaczy (stosowanych także w gazownictwie). Nadmierną fermentację może spowodować duża ilość jednorazowo spożytych węglowodanów (nie wymieszanych ze śliną z powodu nadmiaru pierwszych i niedoboru tej drugiej), a w szczególności cukru białego, a także niestrawione resztki będące skutkiem spożycia pokarmów antagonistycznych, przeważnie białka połączonego z węglowodanami (np. mięsa z pieczywem).
Na codzień Polak jest bombardowany informacjami z plakatów, gazet, ekranów i głośników, że "Mars jest dobry na wszystko" czy "na kaca zjedz Big-Maca". Pizza-Hat oferuje big-Pizzę, którą możesz popić darmową big-Coca-Colą, Zasypywany jest reklamami cukierków, ciasteczek i wspaniałej brązowej czekolady od niebieskiej krowy czy kundel-niepodzianek gdzie w środku znajduje się wymarzony model do składania mający mieć wpływ na rozwój intelektualny dziecka. Czyli reklamuje się wszystko, co sprzyja wymienionej wcześniej przypadłości. Mamy jeść mięcho z pieczywem, zagryzać słodyczami i popijać schemizowanymi napojami, bo wszystko to i tak przerobi nasza "betoniara". Dla malkontentów lub raczej dla ozdoby dodaje się liście sałaty, bo zielony ładnie komponuje się z żółcią i czerwienią. Państwo nie może zakazać reklamy i nie ma żadnego wpływu na jej treść, ale też nie robi nic dla przeciwwagi, propagując choćby zasady zdrowego żywienia. Co więcej, grzechem państwa jest zezwolenie firmom na handel niezdrową żywnością w szkołach, biurach czy szpitalach. Grzechem państwa jest też propagowanie szklanki mleka dla ucznia (choć od dawna wiadomo, że spożywanie słodkiego mleka prowadzi prosto do alergii organizmu), bo na dożywianie najbiedniejszych jeszcze żaden rząd nigdy nie znalazł pieniędzy. Nawet w szpitalach zestawy posiłkowe są dalekie od prawidłowych, chociaż akurat to dzisiaj jest najmniej istotne, bo z reguły wyżywienie chorych spadło na nich samych lub na ich rodziny. Z drugiej strony działają społeczne uprzedzenia zapoczątkowane przez K. I. Gałczyńskiego sloganem "Jedzcie dorsze, bo gówna jeszcze gorsze", poprzez hasło "Polaku cukier tuczy - nie pij słodkiej wódki" po obiegowe schematy - "śledź - pokarm robotnika" czy "micha kartofli z zsiadłym mlekiem - to pokarm wiejskiego kmiota". To wszystko jest ze strony państwa świadomym działaniem lub zaniechaniem, a więc sprawą polityczną, co było do udowodnienia.
Są jednak tacy, którzy na tej uciążliwości nieźle zarobili, jak pewien Francuz, który "bębnicę" przekształcił w dochodowe przedsięwzięcie. Otóż występował on w Moulin Rouge "wyśpiewując" różne melodie drugą twarzą odpowiednio modelując dźwięki zwieraczem odbytu. Jak reagowały zmysły powonienia słuchających - nie podano. Pecunia non olet?

P
ewien aktywny podlotek (podlatuje do 70-tki) o polskim imieniu i całkiem nie polskim nazwisku od Specjalistów Lewych Dochodów, który już raz wsławił się sparodiowaniem słów Wielkiego Polaka na warszawskiej wystawie krajowych części do rowerów, dziś wydał odgłos w "zborze" po expose nowego premiera - "Nie było w tym żadnego ognia, wręcz przeciwnie - expose miało charakter uspokajający". Ciekawe po co babci ogień, jak w piecu tylko przepalony ruszt i gęsta pajęczyna? Inni też nie byli błyskotliwi. Pytania były podchwytliwe a odpowiedzi wymijające, co w naszej tzw. polityce jest chlebem powszednim. Jedna z posłanek Partii Obrażonych domagała się "jasnej deklaracji odnośnie terminu opracowania programu pomocy dla Polaków wyjeżdżających za granicę" ale zapomniała dodać, że chodzi jej o zagraniczne wyjazdy posłów i posłanek, bo ci jak wiadomo w Polsce przebywają tylko wtedy gdy muszą napełnić kabzę lub "podnieść rekę i nacisnąć przycisk". Najważniejszym chyba pytaniem było - "gdzie i kiedy pan premier uda się za granicę?" Tu pan premier uległ zakłopotaniu, bo tego nie przewidział. Amerykę już załatwił braciszek. Do Moskwy? - nie, bo chyba jeszcze carowi nie wyschła ślina na gębie po całuśnym poprzedniku. Do Rzymu? - też nie, bo posądzą o popieranie "moherowych beretów". Do Berlina? - nie pasuje, bo widmo rury Ribbentrop-Mołotow no i... ta wysoka Gabrielle. Do Paryża? - nie, bo trzeba połykać żaby, ślimaki i inne świństwa, co Polak by nawet nie kopnął. Do Brukseli? - też kłopot, bo Europa już na nas warczy za jakąś homofobię. Jakby nie srał, dupa z tyłu. Proponuję zacząć od jakiegoś naszego kontygentu wojskowego, bo to i sami swoi, w miarę bezpiecznie, a i żołnierze się ucieszą, że Ojczyzna o nich pamięta i plan się wypełni. Głos zabrali także przedstawiciele tzw. inteligencji poza sejmowej, według których expose było "niespójne i zabrakło w nim konkretów" i było "nieuporządkowaną litanią życzeń". No panowie, a czegoście oczekiwali? Listy do aresztowania w najbliższym czasie? Expose musiałoby trwać kilka dni. Przecież nie można nic obiecać jak w kieszeni płótno, a z samych podatków to nawet wyżyć się nie da, o paliwie do limuzyn nie wspominając. Expose premiera było i nowe i dobre. W tym, w czym było dobre nie było nowe, a w tym w czym nowe nie było dobre - powiedziałby sir Winston. Od siedemnastu lat słyszymy to samo - jak partia mówi, że nie da - to nie da, a jak partia mówi że da - to mówi. Hasło - "wybierzmy przyszłość" - brzmi pięknie i chwyta za mózg, ale jak się zastanowić, to po co ją wybierać, jak sama nieuchronnie nadejdzie? Wydaje mi się jednak, że ten rząd jest pierwszym w miarę propolskim rządem. A może faktycznie tylko mi się wydaje...

R
atujmy dolinę Rospudy. Nawet Polak po maturze może nie mieć zielonego pojęcia, gdzie w Polsce znajduje się rzeczone miejsce, ale spieszę z wyjaśnieniem, że chodzi o tzw. ścianę wschodnią, gdzie od ponad pół wieku ryby i ludzie głosu nie mają, za to w ich imieniu paszcze otwierają wszelkiej maści naukowcy i tzw. obrońcy środowiska naturalnego (przeważnie z Warszawy), którzy jak zwykle liczą zapewne na to, że dostaną "w łapę" za przychylne inwestycji opinie. 500-metrowa estakada ma ulżyć mieszkańcom Augustowa, ale naprzeciwko stają głosy obrońców rzadkich storczyków, ostów, pokrzywy, głuszca, bociana czarnego, szuwarowego szczura i najdzikszej rzecznej doliny. Zmiana projektu nie wchodzi w rachubę, gdyż Unia Europejska wycofa swoje pieniądze, a swoich ściana wschodnia ma mniej niż zero. Obrońcy kleszczy i wszy polnych mają już petycję do prezydenta kraju z podpisami ponad 30 tysięcy obywateli, co jest bardzo łatwe, gdyż na takich petycjach można umieścić nawet podpis Dżyngis-Chana czy Kazimierza Wielkiego i pies z kulawą nogą nie sprawdzi ich autentyczności, bo to nie listy wyborcze. Jest to też odwieczny problem, kto ma mieć lepiej - człowiek czy przyroda. Mieszkańcy Augustowa nie przeniosą swoich mieszkań z taką łatwością jak wymienione wyżej ptactwo, a i storczyki mogą przecież wziąć do uprawy ich zagorzali obrońcy. Ale nie o to chodzi, by złowić króliczka, ale by gonić go. I przy okazji nieźle się obłowić.

P
olski rycerz ze Stowięcina na Pomorzu między Pomorzami leżącym, herbu "wysypane żyto", ma zamiar patronować budowie "pomnika pokoju" pod Grunwaldem, co uroczyście przyrzekł po obejrzeniu kopii bitwy w 596 rocznicę jej odbycia. Jak na pomnik pokoju przystało, mają to być dwa potężne miecze, w środku z windami na platformę z widokiem na wiejską biedę i pomieszczeniami socjalnymi dla szybko trawiących. Przed "obosiecznymi" zaś, mają stanąć gigantyczni rycerze w zbrojach i pełnym uzbrojeniu ale za to z twarzami wyrażającymi pokojowe nastawienie. Ponieważ ów rycerz swego czasu nie był pasowany na dojrzałość (choć w papierach rycerskich zarzeka się, że był), nie wie zapewne, że żaden knecht w ręku miecza nie dzierżył, a co najwyżej sierp tatowy i młot bojowy. Dlaczego więc możny patron nie wykorzystał uzbrojenia właściwego dla swojej nacji? Czyżby obawiał się, że złośliwi rzemieślnicy mogą ów sierp i młot skrzyżować? List intencyny w sprawie, rycerz ów podpisał z przedstawicielami ambasad niemieckiej, białoruskiej, mołdawskiej, litewskiej i rumuńskiej czyli z potomkami uczestników słynnej bitwy ze sporym naddatkiem, bo każdy pieniądz się przyda. Nie podpisali go zaś przedstawiciele marszałka województwa warmińsko-mazurskiego, organu właściwego dla terenu potyczki. Dlaczego? Nie wierzą w rycerskie słowo patrona czy ranga sygnatariuszy była za wysoka?

J
eszcze Najjaśniejsza nie zginęła póki my żyjemy... i zapewne nie zginie, bowiem cały kraj wzdłuż i wszerz usiany jest grupami "trzymającymi coś". Mieliśmy grupę "trzymającą władzę", gdzie w śledztwie parlamentarnym posłanka typu "Czerwony Polsilver" wykryła pionowe korytarze w budynku agencji prasowej (o grupie coś podejrzanie przycichło). Następna komisja sejmowa ujawniła grupę "trzymającą ubezpieczenia", z której przypadkiem wyszła grupa "trzymająca ropę" i gdzie niejako odpryskiem objawiła się grupa "trzymająca fundacje" (słynna fundacja "pieniądze bez barier"). W międzyczasie wyszła grupa "trzymająca podpisy", której to przedstawicielka z trybuny sejmowej, z oczami pełnymi łez i kurwików, szukała pomocy u Annana Kofana. Potem namierzono grupę "trzymająca togi" (nie do rozpracowania) i zaraz po niej grupę "trzymającą mięso" (śledztwo w toku). Pewnego pięknego dnia jak meteoryt zabłysła grupa "trzymająca handel bronią" i jak meteoryt szybko zgasła, bo przysłoniła ją chmura "trzymająca wszystko". Niebawem należy się spodziewać ujawnienia grupy "trzymającej węgiel", grupy "trzymającej tory kolejowe", a także grupy "trzymajacej glebę" po rozkradzionych PGR-ach oraz grupy "trzymającej mienie" po tzw. restrukturyzacji LWP, bowiem wszystko zależy od rządzącej partii, która aktualnie nie posiada grupy coś trzymającej. Istnieją też grupy znane pod wspólnym tytułem jako grupy "trzymające za mordę", jak grupa jednego senatora, który na swoim terenie uparcie zakopywał kości zwierzyny bez powiadamiania właściwego konserwatora zabytków. Ostatnio dołączyła grupa "trzymająca gwizdki", a wszystko zaczęło się od działacza sportowego, który na widok banknotów wyższej rangi tracił poczucie permanentnego zagrożenia. Wziąwszy "w łapę" od znajomego nieznajomego, wrzucił ze wstrętem 100 tysięcy złotych do koła zapasowego i dał się złapać w zagajniku nie przeliczywszy nawet pieniędzy. Potem trafiono na grubą rybę o doskonale maskującej ksywie "fryzjer" (może chodziło o to, że wszystkich golił równo?), który to w PZPN ustalał wszystko - od kalendarza imprez począwszy po liczbę wpuszczonych bramek, co miało niewątpliwy wpływ na wygląd tabeli Pierwszej Dywizji i na jej widok spoza granic. Ja bym jeszcze przypatrzył się tej grupie, jako podejrzanej o ujemny wpływ na ewolucję polskiej piłki. No bo jak wytłumaczyć fakt, że w ciągu ćwierćwiecza orły Górskiego przemieniły się najpierw w gołębie Piechniczka, potem w pawie Engela, by w końcu pokazać się jako nieloty Janasa na ostatnim mundialu, gdzie jak zwykle rozegrano tylko mecz o honor..., o pardon - mecz o humor prezesa PZPN. Polacy, trzymajmy się... przynajmniej przy życiu.

P
ublikatory należące do grupy mediów nielubiących miłościwie nam panującej partii, wykryły nowy element budowy taniego państwa. Podały, że pan premier (już ten właściwy) zapowiedział utworzenie nowej Agencji Rozwoju Terenów Wiejskich. Przy okazji jej tworzenia mają zniknąć takie potworki jak Agencja Wyprzedaży Ziem Zagrabionych po najnowszej reformie rolnej, Agencja ds. Dezynfekcji Euro czy Fundacja "Polskie Kulczyki dla Polskich Krów". Czyn godny pochwały lecz musimy pamiętać, że trudny do realizacji. Istniejące już Agencje wrosły w polski krajobraz jak nie przymierzając barszcz Sosnowskiego i tak samo jak on będą chyba nie do wyplenienia. Czy pan Prime Minister policzył już "dziengi" na odprawy dla tych, którzy teoretycznie zasilą rzeszę bezrobotnych? To nie są odprawy dla polskiego robotnika, a odprawy dla polskich nierobów, które zapewne pójdą w miliony PLN. Czy pan premier ma już obsadę dla nowej Agencji, a jeśli tak to ilu kandydatów potrafi włączać i wyłączać agencyjne komputery? Czy jest choć jeden fachowiec do obsługi programu, który wylicza bydło i trzodę do zakolczykowania (mówię o zwierzętach)? Sen to czy jawa, bo Polacy już przywykli do rządowych reorganizacji, po których w urzędach nie było widać wejścia spod szyldów.

O
jczyzna nasza jest coraz bardziej znana na całym świecie, promowana przez czynniki rządowe, przymusowych emigrantów, ludzi nie mających szczęścia do prawa czy turystów (w tym szczególnie piłkarzy). Ale obrazki z plakatów nie muszą się pokrywać z szarą rzeczywistością, co stwierdziła zaproszona do Polski rodzina zesłańców z Kazachstanu. Po półrocznym kontenstowaniu naszej rzeczywistości wsiadła do nowego samochodu, zabrała rządowe dotacje i... pojechała z powrotem do swojego kraju. Czyżby przodkowie opowiadali o zupełnie innej Polsce?

S
ąd Najwyższy oddalił jako "oczywiście bezzasadne" kasacje byłych posłów SLD Andrzeja Jagiełły i Henryka Długosza, skazanych w sprawie "przecieku starachowickiego" na rok i półtora roku więzienia. Niby nic wielkiego. Sprawiedliwości stało się zadość. Ale... Jest to klasyczny przykład poświęcenia zwykłych żołnierzy, by dowódcy mogli ujść z życiem. Nie ma zresztą czego żałować, bo jak spojrzeć na obu, to partyjna inteligencja wprost wyziera z ich oczu. Myśleli zapewne, że "prezio" zawsze ich obroni i w doczesnym świecie wszyscy im mogą skoczyć na pukiel. Rzeczywistośc jest jednak zupełnie inna. Zgubił ich zupełny brak zamiłowania do słowa pisanego i gdyby choć tylko liznęli Statut polskiej lewicy, wiedzieliby zapewne, że "Mądry Żyd, to zamaskowany Żyd. Głupi Żyd, to zdemaskowany Żyd". A za głupotę trzeba płacić. Zawsze i wszędzie...

N
asz pierwszy, niekomunistyczny (hehehe) prezydent znów uległ rozdrażnieniu. Wydał rozkaz gdańskiej prokuraturze, by natychmiast zbadała i orzekła raz na zawsze, że on do stoczni został przeskoczony przez płot a nie, jak twierdzą jego zagorzali wrogowie, dopłynięty łodzią desantową Mar-Woju w otoczeniu uzbrojonych esbeków. Koledzy widzieli jak wszedł na salę z jakimiś ludźmi, ale to byli na pewno stoczniowcy, a że kombinezony mieli lekko wypchane pod pachami to dlatego, iż za pazuchą mieli narzędzia stoczniowe, bo na stoczni wszystko kradli. Pan prezydent twierdzi, że nawet sam minister sprawiedliwości powiedział, że w jego teczce dosłownie nic nie ma. To może być prawda, bo prawdziwa teczka powinna być u byłego prezydenta od czasu jak mu ją doniósł jego własny kierowca. Sam mówił, że oglądał i zapomniał oddać. Ma też przecież status "pokrzywdzonego" uzgodniony z kolegą przewodniczącym Instytutu Pamięci Niepełnej i Niepewnej, a słówko "pokrzywdzony" raz na zawsze wyklucza współpracę z bezpieką. Święta prawda, ale tu się nie ma z czego śmiać, bo sprawa jest śmiertelnie poważna i przegrana w sądzie może wpędzić rajców grodu w spore kłopoty. Wiemy przecież, że polowe lądowisko w Rębiechowie zostało przezwane imieniem naszego pokojowego noblisty i do listy usług jest dołączona opcja, że turysta na lotnisko może się dostać skacząc przez płot w wyznaczonym miejscu (cena skoku jest odwrotnie proporcjonalna do wysokości płotu). W wypadku przegranej w sądzie opcja okaże się nieaktualną i trzeba będzie wykopać kanał z Leniwki, aby turysta mógł na lądowisko dopłynąc łódką z pracownikami lotniska przebranymi za stoczniowców. A kto i za ile wykopie kanał? Z ekonomicznego punktu widzenia pan były prezydent musi w sądzie wygrać, by nie pogrążyć ukochanego miasta w długach. Dopuścić też można kompromis. Pan prezydent znalazł się w stoczni bez wysiłku pokonując ogrodzenie, ale wielki długopis dostarczyła łódź desantowa, gdzie esbecja musiała (z urzędu) pilnować historycznego artefaktu. Wątpliwości może budzić tylko wielkość długopisu, ale kto pamięta mikrofony używane w tym czasie na polskich festiwalach piosenek, musi przyznać, że już wtedy miniaturyzacja osiągnęła zadowalający efekt.

T
eoretycznie polskie zgromadzenie, zwane Sejmem znów pokazało, że potrafi się doskonale bawić na koszt podatnika. Zamiast pracy nad ustawami, dziś w najlepsze zaprezentowano nam zabawę w kotka i myszkę. Poszło o ustawę zapobiegającą wybieraniu do Sejmu zawsze tych samych, którą chce wprowadzić koalicja, a przeciwne są połączone siły Partii Obrażonych, Czerwonych Kapturków oraz partii zbliżonej do rolnictwa, zwanej pieszczotliwie "arbuzami" (bo to z wierzchu zielone, a w środku czerwone). Najpierw trzeba było ustalić, czy jest sens debatowania i niestety zabrakło "quorum" czyli liczby gwarantowanej, która miała popchnąć ustawę na wyższy stopień rozwoju. Cóż takiego się stało? Otóż urzędowi wrogowie koalicji, zastosowali dziecięcą sztuczkę - zakrywamy oczka i nas nie ma. Wymyśliły to osobniki "co one są głowa", a których jest po kilka na każdą partię i gdy pan marszałek po stuknięciu swojej laski wygłosił sakramentalne "proszę podnieśc rękę i nacisnąć przycisk" oponenci podnieśli obie rączki, zakryli oczka (czyli - nie ma nas) i tym sposobem zabrakło narządu na przycisk, co oznacza elektroniczną nieobecność. Quorum zabrakło, co było powodem ogłoszenia przerwy i zapoczątkowało poszukiwanie osobników przynależnych na puste fotele. Najpierw przeszukano miejscową tawernę a potem rozesłano "e-wici" i po chwili Wiejska okazała się faktycznie wiejską, wąską drogą nie mogącą pomieścić na raz tylu limuzyn ze zjeżdżającymi wakacyjnymi wcześniakami. Ponoć zatrzymywano nawet pociągi, zawracano samoloty i wszystko to, co miało w sobie koalicję. Wszystko by ucichło, gdyby nie pan marszałek dwojga imion, który widząc, że głosowało 233 oraz tyleż samo było "za", palnął bez zastanowienia - "przyjęto jednogłośnie", co natychmiast skwitowały głośnym rechotem połączone siły demokratyczno-liberalno-komunistyczne. O tym, czy na terenie Sejmu dalej serwuje się gorzałę nadal nie wiadomo, ale po dzisiejszych "obradach" widać, że takiej zabawy "po trzeźwemu" by nie było.

C
ałkiem przypadkiem (bo nie jestem fanem polskiej telewizji) zobaczyłem dziś w TVN wyniki ankiety. Na pytanie "jak oceniasz wypełnianie obowiązków przez prezydenta", 67% respondentów odpowiedziało - źle. Zacząłem się zastanawiać o co tu chodzi i doszedłem do wniosku, że i ten co pyta i ten co odpowiada mają coś z "porządkiem na strychu". Nie chodzi też o wynik, bo jak wiemy z rodzimych sondaży, większość Polaków zawsze będzie uwielbiać seksownego prezydenta, tego co w stanie "wskazującym na jutrzejszego kaca" uroczyście otwierał cmentarze pomordowanych na wschodzie. Problemem jest - czy ten co zadawał pytanie i ten co odpowiadał, znają zakres obowiązków głowy państwa? Obawiam się, że nikt ich nie zna z prezydentem włącznie. To skąd takie pytanie i taka odpowiedź? Wszystkie te sondaże sieją tylko polityczny zamęt a z tzw. obiektywizmem mają tyle samo wspólnego, co dziennikarze słynnego polskojęzycznego brukowca na niemieckich papierach. Wiadomo, że efekty sondaży zależą od opcji, jaką popiera naczelny biura badań opinii społecznej, który i tak ustali wynik końcowy zanim ten "pójdzie w świat". Druga sprawa to tzw. reprezentatywność respondentów. Jaki ankieter odważyłby się zadać pytanie o naszych politykach na biednej wsi wiedząc, że wróci już po pierwszym pytaniu z odciskami gumiaków pod oczami. Który ankieter odważyłby się przeprowadzać polityczne ankiety w szemranych dzielnicach wśród respondentów przy "pywku"? Żaden, bo po szkle trudno się goi. Kto z ankieterów pójdzie zadawać pytania do pierwszego lepszego zakładu pracy wiedząc, że każda ręka robotnika to mały pancerfaust? Pozostaje więc wypasiona "yntelegencja" przesiadująca w knajpach, bo przynajmniej stamtąd nie wyjdzie się o suchym pysku. Dlatego wszelkie ankiety należy traktować z wyrozumieniem, bo ankieter też człowiek. Trzeba zrozumieć pytanie i zrozumieć odpowiedź. Tak jak pewien wojskowy, który przyjmował świeżo upieczonego magistra do służby na kursie SPR. Jaki pana zawód? Jestem fizykiem, odparł magister. Wpisał do ankiety - fizyczny.

N
iemoc, niefrasobliwość czy głupota polskiego rządu? A może wszystko razem? W lutym tegoż roku do portu w Gdańsku wpłynął holenderski statek, który miał przejść remont w polskiej stoczni za jedyne 100 mln PLN (optymiści piszą o 100 mln euro), ale okazało się, że przy okazji podrzucono nam europejskie kukułcze jajo w postaci azbestu, który "przymaskowano" w chłodniach we wnętrzu statku (tu brawa dla celników). Ile jest tego azbestu nie wiadomo, bo co gazeta to inne dane, dlatego szacunek wynosi od 180 do 2000 ton, co i tak nie robi żadnej różnicy. Pomysłów było wiele - od zaholowania do macierzystego portu przez nasze holowniki po banicję z zakazem powrotu. Rząd nic nie robi, bo walczy o swoje przetrwanie, a nasz "bóg morza" to wysoki specjalista od wydajności z hektara - wie tylko, że Bałtyk znajduje się na północ od stolicy, jest słony i widział jak wygląda przechadzając się po plaży, więc z jego strony nie należy się spodziewać wiążących decyzji. Może to i dobrze, bo następna głupota może wisieć w powietrzu. Ciekawe, kto z naszej strony podpisywał umowę na remont, skoro coś tak ważnego umknęło uwadze? W każdym bądź razie rozwój sytuacji może być ciekawy, bo z jednej strony wnerwieni stoczniowcy, którym uciekają pieniądze, a z drugiej strony ekolodzy, którzy w tym wypadku mają zupełną rację, bo na rząd nie ma co liczyć. Ten nawet z gierkowskim azbestem nie umie dać sobie rady. Zatopić Holendra nie idzie, bo po co dokładać truciznę do bałtyckiego magazynu, a przepędzić nie uchodzi, bo Bruksela nas zakracze. Zresztą czym przepędzić jak "Rotterdam" to ogromne bydle, a my już nawet kutrów nie mamy, gdyż rybacy dali się zrobić w unijnego balona i oddali swoje na złom, natomiast na użycie Marynarki Wojennej zgodę dać musi NATO. Na razie polski kundelek obszczekuje jak może holenderskiego pitbulla, a ten nawet nie zamierza otworzyć oka. Ostatni pomysł to wysłanie statku na wody eksterytorialne, gdzie Holendrzy mają przeładować azbest na inny holenderski statek. Kaktus mi rośnie na dłoni, bo już widzę ten drugi statek, który może zobaczyc każdy Polak stojący na brzegu, a nazywa się M/S Morze Bałtyckie. Kto i czym skontroluje ten przeładunek? Jeden jacht, nawet z Bolkiem i jego Lolkiem, może nie wystarczyć.

Ż
ona ostatnio kupiła w sklepie serek topiony z czosnkiem i innymi ziołami, zachwalany przez sprzedawczynię jako hit zdrowia. Opakowanie owszem, nie psujące się, kolorowe, a w środku coś biało-zielonkawo-szarawe, czyli kolor adekwatny do nazwy. Wszystko zaczęło się jednak w czasie degustacji. Już po pierwszym kęsie poczułem smak nie wysprzątanego pastwiska i pomimo nalegań na następny straciłem ochotę. Nie pomogło nawet zagłuszanie łaciatym masłem. Nie szło tego jeść. Nawet pies tylko powąchał i odwrócił się drugą twarzą. Szlag trafił pieniądze i dobrze, że małe. Takie numery to już nie tylko pojedyncze przypadki. Parówki, jeszcze przed otwarciem sklepu, są kąpane, nacierane płynem z pierwszego tłoczenia i kto nie kupi tak pięknej wędliny. Doznania zmysłowe zaczynają się na drugi dzień, nawet jeśli paróweczka leżakowała w lodówce. To może coś markowego? Kupiliśmy firmowy "Sokołów" - takie kiełbaski jednokęsowe, zapakowane szczelnie, by do środka nie dostały się żadne bakterie. I co? Okazało się, że produkt jest z serii "dwa w jednym". Po przekrojeniu zobaczyliśmy, że każda kiełbaska zawiera pół kiełbaski i pół zwyczajnego smalcu. Pomyślałem, może to i dobre, ale jak policzyłem, to smalec wychodzi za drogo. Na bieżąco już oferuje się w sprzedaży masło wymieszane z margaryną, gdzie "masło" napisano wołami, a "zdrowy" dodatek jest ledwo widoczny nawet dla sokolego oka. Okrzyczane jogurty też ponoć są zdrowe, ale tylko w momencie otwarcia, bo "zdrowe" bakterie giną już w momencie zetknięcia się ze śliną. Zresztą każdy, kto przeczyta "najlepiej spożyć przed" i datę, to już wie, że termin przydatności należy zapisać w kalendarzu na następny rok, żeby nie przeoczyć. Zaczyna być straszno. Zaczynamy kupować żywność, która zaczyna być coraz bardziej niezdrowa, nabytych chorób nie ma już kto leczyć, a producent przestał informować na co nas naraża. Za to reklamy proszków na wzdęcia idą co parę minut, jak komunikaty przed nalotami bombowymi w pamiętnym wrześniu. Zmyślni producenci zaczęli też grać na nutce nostalgii. Na co byś nie spojrzał, wszystko jest "babuni". Czyjej do cholery, bo moja przetwory robiła o niebo lepsze. Sytuacja zaczyna wyglądać jak we wspomnieniach dwóch panów - "Pamiętam, że u nas przed każdym posiłkiem odmawialiśmy modlitwę..." - "A u nas mama dobrze gotowała".

R
atujmy dolinę Rospudy - ciąg dalszy. Augustów rozpoczął kontrofensywę. Gazeta środowisk zbliżonych do Targowicy (nazwanej dla zmyłki Okrągłym Stołem) zapodała, że mieszkańcy Augustowa także rozpoczęli zbieranie podpisów, tyle że za budową mostu nad rzeczułką Rospudą. Ta sama gazeta rozpoczęła wcześniej kampanię na rzecz obrony rzeczki, bo ta jest taka śliczna, a jak rozjadą ją traktory to będzie tylko sam piach, a plaż już mamy pod dostatkiem. Czy teraz gazeta liczy na świeże pieniądze z Augustowa? Możliwe, bo obok redakcji z pewnością nie przejeżdżają setki tirów, nie trzęsą się komputery, filiżanki z kawą nie spadają z biurek i żaden z redaktorów nie zginął jeszcze pod ciężarówką, a w Augustowie tiry codziennie niszczą drogi, budynki i zabijają ludzi. Przez środek miasta w ciągu doby przepycha się 14 tysięcy pojazdów, gdzie na każde dziesięć skrzyżowań założono jeden komplet kolorowych świateł. Dlaczego nie na wszystkich? Bo Augustów zrobiłby się takim Korkolandem, że jeśli nawet nikt nie wpadłby pod samochód, to i tak by umarł zatruty spalinami. Kiedy człowiek wpadnie pod pojazd jest to tzw. "normal" i problem sprowadza się tylko do tego, kto na kogo wpadł i komu ma płacić PZU. Kiedy jednak samochód przejedzie pijaną żabę, to zejście niewinnego płaza wywołuje ogólnokrajową dyskusję nad niepotrzebną śmiercią i szuka się winnych zaniedbania budowy specjalistycznych podziemnych przejść dla pełzaków. Środowisko obrońców much i komarów uważa, że człowiek jest niczym w porównaniu z jakimś innym, też ginącym gatunkiem i sprawa jest warta wydania wielkich pieniędzy, bo kto będzie nas kąsał i obsrywał nam kanapki. Mieszkańcy Augustowa! Wy musicie zrozumieć, że jesteście tylko potrzebni jako chwilowi dzierżawcy i pielęgniarze rzeczek, łąk i lasów, do których na lato zjeżdżają nieroby ze stolicy. Wy musicie je pieścić, bo jakież to wywczasy pod mostem pełnym klaksonów, warkotu i smrodu. Mosty są dla cywilizowanego świata, a wy macie być nieskażoną przyrodą, taką z widłami i w gumiakach. Zrozumiano?!

O
co chodzi w tym szumie o tzw. służbie cywilnej? Otóż, każde państwo, mniej czy więcej zbiurokratyzowane, opiera się na pracy tzw. urzędników państwowych. W Polsce jak na razie są dwa typy tychże. Pierwszy, to uśmiechnięty, uprzejmy i odpowiadający na każde pytanie a nawet doradzający klientowi i ten typ cechuje wykształcenie, znajomość prawa czyli pewność siebie. Występuje na razie w prywatnych, przeważnie zachodnich instytucjach na polskiej ziemi. Drugi, właściwy dla polskich urzędów, to wiecznie smutny gbur o masce Frankensteina, którego zadaniem jest zniechęcenie klienta do korzystania z usług. Takiego cechuje absolutny brak wiedzy (zdobywa ją na bieżąco dzwoniąc do "swoich"), a pracę dostał jako znajomy królika. To właśnie tego typu urzędnicy "załatwili" właściciela Optimusa i wielkopolskiego piekarza, co chciał pomóc głodującym. Służba cywilna miała być pracą jak każda inna i miała nie podlegać klasie próżniaków władających państwem. Jednak u nas jest to niemożliwe z dwóch powodów. Pierwszy - wykształcona i apolityczna klasa urzędnicza gwarantuje stabilność państwa, a to w Polsce jest niedopuszczalne. Drugi - urzędnik egzekwujący tylko obowiązujące prawo staje się niepodatny na naciski politycznych głupców, co jest sprzeczne z kierowniczą rolą partii. Wojna rozgorzała o to, z której strony ma być nałożony kaganiec. Czy na pysku (nabór do szkoły), czy na dupie (po ukończeniu szkoły i obsadzaniu stanowisk), czy też nie nakładać go w ogóle? Ale jeśli nie kaganiec, to musi być jakaś sieć filtrująca przyszłą grupę "trzymającą państwo" tak, by zatrzymać elementy myślące prospołecznie, bo takie mogą się wymknąć spod kontroli partyjnej, a jeszcze, nie daj Boże, do grupy zaczęliby przedostawać się wykształceni Polacy. Teraz gorączkowo poszukuje się "złotego środka", czyli takiego, by partie były syte, a naród niczego się nie domyślał. Czy ktoś już zauważył, że w żadnym państwowym urzędzie nie uświadczysz tak zwanego "etatu" (zwykle obejmującego stanowiska najwyżej płatne), który określa nieprzekraczalną ilość stanowisk do obsadzenia, a każde jest obwarowane warunkami wykształcenia? O tym się nie mówi, bo to jest "tajemnica państwowa", dzięki której obojętnie jaka ustawa o służbie cywilnej powstanie, to i tak urzędnikami zostaną "nasi". Można już się domyśleć, dlaczego sprzątaczka w NFZ zarabia więcej od "zwykłego" lekarza i może się leczyć w szpitalu MSZ. Teraz nas czeka jeszcze batalia o samorządy, którym na głowy zrzucono wszystko oprócz własnych pieniędzy. Dlaczego nie dano pieniędzy? A jak trzymać w ryzach niepokornych i zmusić ich do uległości? A za czyje państwowi próżniacy mieliby się rozbijać po świecie na darmowych wycieczkach? A za czyje miałby poseł do najbliższego kiosku podjechać rządową limuzyną? Za swoje? Z czegoś trzeba też finansować czteroletnie wakacje dla setek obiboków, a na to i takich pieniążków samorządy z pewnością by nie dały. A wiesz dlaczego w Sejmie (jako jedynym państwowym urzędzie) serwuje się gorzałę? Dlatego, by dziadostwo nie szlajało się po knajpach dla pospólstwa i w pijanym widzie nie rozpowiadało Polakom, co dzieje się na Wiejskiej.  machloje w Służbie Cywilnej

Ś
wiat boi się przebiegunowania, a my to już mamy za sobą. Kiedyś naród żył w Polsce, a rząd mieliśmy w Wielkiej Brytanii. Dziś rząd jest w Warszawie, za to narodu trzeba szukać na wyspach.

C
złowiek jest bardzo pomysłowy, a szczególnie gdy zasiądzie w odpowiedzialnym państwowym fotelu. Dowiódł tego miłościwie nam panujący król radia i telewizji Bronisław "dablju" (z angielskiego "W"), który dał się już poznać jako wielki zwolennik "ściśle jawnej" lustracyjnej bazy danych. Z pomocą Czechów (dziw bierze, że nie sam) doszedł do wniosku, że nie ma sensu uganiać się za radio i telepajęczarzami sprawdzając, czy obywatel posiada jakikolwiek odbiornik medialny, jeśli zjawisko można zlokalizować już u samego źródła. Wyszedł z założenia, że jeśli do każdego domu dochodzi więcej niż jeden przewód przewodzący elektrony, to obywatel musi posiadać tzw. prąd i już jest potencjalnym odbiorcą programów radiowych i telewizyjnych, nawet jeśli oba są nieprzyswajalne. Jeśli zatem jest prąd, to istnieje potencjalne zagrożenie nielegalnego użycia odbiorników medialnych, nawet jeśli najemca ich nie posiada, bo ostatniego pozbył się po pierwszym mundialowym meczu. W polskiej rzeczywistości płaci się nawet za domniemanie możliwości użycia, co jest zjawiskiem prawnie dopuszczalnym i zalecanym z punktu widzenia ekonomii państwowej. Wprowadzenie pomysłu musi dać wreszcie 100% ściągalność w skali kraju, bo abonament będzie płacony przy okazji rachunku za prąd, a jak wiadomo inkasentowi jeszcze nikt nie uciekł. Należy teraz iść za ciosem i nakazać kioskarzom tworzenie baz danych zakupujących przenośne źródła zasilania zwane bateriami, bo potencjalnie mogą zostać użyte do napędu konspiracyjnych odbiorników. Na bazie bazy należy wyliczyć tylko ryczałt i pobierać go przy zakupie baterii. Pójdźmy jeszcze dalej. Jeśli do gospodarstwa domowego doprowadzona jest woda, a gospodarz posiada cukier i drożdże, to jest potencjalnym sprawcą spadku dochodu przemysłu monopolowego i jako taki już powinien podlegać karze ograniczenia wolności, przynajmniej w zawieszeniu. Problem ten musi rozwiązać minister finansów albo przez tworzenie baz danych w sklepach spożywczych albo, w celu zmniejszenia bezrobocia, utworzenie lotnych patroli (najlepiej trójek) do sprawdzania gospodarstw domowych na jednoczesne nosicielstwo cukru i drożdży. Problem nie jest błahy, bo traci na tym wizerunek państwa, gdyż z każdej flaszki zakupionego alkoholu, całe 1 PLN idzie przecież na urzędową walkę z alkoholizmem. Przy takim podejściu do obywatela dzieli nas już tylko krok od leczenia łupieżu za pomocą gilotyny.

K
apitan leżakującego w Gdańsku holenderskiego statku "Rotterdam" (tego od azbestu) wykazał się doskonałą znajomością nie tylko praw morza ale także czerwonej księgi przyrody i wiedzą na temat wymuszania decyzji na bazie ochrony środowiska naturalnego. Do kapitanatu portu w Gdańsku przesłał fax, że na jego statku zagnieździły się jaskółki i nie może opuścić portu, by nie unicestwić jaskółczego narybku. Na pełnym morzu ciężko jest o muchy, a załoga nie przeszła kursu pozyskiwania planktonu i jego przerobu na muchowy ersatz. Problem się rozwiązał i statku nie ruszy nikt aż do sierpnia, kiedy to jaskółcza młodzież otrzyma licencję na latanie. Biorąć pod uwagę, że pierwsze loty muszą odbywać się w pobliżu prywatnych lądowisk, więc na definitywne rozwiązanie należy poczekać do czasu, gdy wszystkie jaskółki odlecą na południe. Czy to rozwiąże problem? Znając zawrotne tempo prac polskich czynników decyzyjnych, problem może powrócić już w maju wraz z powrotem jaskółek na Ojczyzny łono. Na miejscu polskiego rządu też bym okazał złośliwość i przyłożył kapitanowi karę za niezgłoszenie prowadzenia działaności gospodarczej i nielegalną produkcję "guano".

N
ajsłynniejszy polski Jasiek Błąd czyli detektyw wszechczasów Rutkowski (sąd zezwolił na podawanie danych), ten który samotrzeć dokonał agresji na Czechy i brał odwet za szwedzki "potop", uległ innej agenturze, silniejszej od niego czyli państwowej. Był świetny, dopóki nie uległ czarowi Sam00brony i nie rozpoczął działalności pozasejmowej na zasadzie "jak wejdziesz między wrony...", właściwej członkom tej partii. Sąd państwowy zarzuca mu prowadzenie nielegalnego biura ochrony mafii paliwowej, prowadzenie nielegalnej pralni do papieru oraz "doradztwo" prawne, za które cenił się jak rządowi konsultanci. Jak przystało na prawdziwego detektywa na przesłuchaniu poszedł w zaparte, a nawet zaczął kombinować jak łagodnie opuścić areszt. W dniu dzisiejszym sąd miał zadecydować, czy zapewnić mu trzymiesięczny wypoczynek na koszt podatnika, ale nasz "strąkmen" tuż przed ogłoszeniem decyzji doznał udanego zasłabnięcia i został odwieziony do szpitala. Jeśli sąd nie wygłosi decyzji do godziny 16.oo, planowa utrata świadomości może przynieść korzyść w postaci wolności, gdzie może zniknąć jak "Rzeźnik" czy "Słowik" czyli na conajmniej kilka lat. Nie jest wykluczone, że ma zaklepane miejsce w amerykańskiej firmie niejakiego Edwarda Mazura (tego co zlecił zamordowanie Big Blue), który jest chroniony przez CIA i naszą grupę "trzymającą wszystko". Jest tylko jeden sposób by go wsadzić - tuż przed odczytaniem sentencji dać mu powąchać amoniak, bo to każdego stawia na nogi. Z ostatniej chwili - sąd odczytał, Rutkowski zrozumiał. Teraz zostało mu tylko nocne odbicie przez "swoich".

W
"Wielikoj Rasiji" kończy się chyba epoka dobrobytu i zaczyna grozić widmo hołodomoru. Pierwszą przesłanką jest brak okowity w sklepach, gdyż jest to towar strategiczny i przedłużanie się tak wielkiego niedopatrzenia może zakończyć się wystrzałem z Aurory, a to jak wiemy zwykle kończyło epokę caratu. Car Wszechrusi chyba znalazł już winnego i zanosi się na pogrom urzędników, bo tym ostatnim zachciało się wprowadzenia komputerowego programu do liczenia sprzedanych flaszek z gorzałą, a który zaczął działać tak, jak nasz program CEPIK do rejestracji pojazdów, gdzie już na uroczystej inauguracji sam komendant nie mógł odszukać swojego samochodu (nie działa do dzisiaj). Naukowcy i ekonomiści rosyjscy ostrzegają i alarmują, że przedłużający się brak alkoholu zaowocuje niebawem brakiem perfum, wód po goleniu, lakierów do włosów, płynów chłodniczych i hamulcowych a także lekarstw na bazie spirytusu, co nie wróży dobrze rosyjskiej gospodarce. Drugi sygnał nadszedł z dalekiego Nalczyku, stolicy Kabardo-Bałkarii na rosyjskim Kaukazie, gdzie dokonano włamania do ogrodu zoologicznego celem zdobycia mięsa. Ponoć po humanitarnym (hehehe, u ruskich) ogłuszeniu miejscowego strusia, miano dokonać rozbioru mięsiwa, ale do niego nie doszło, bowiem metody z epoki szkła tłuczonego nie zdały egzaminu. Sprawcy, spłoszeni prawdopodobnie przez żonę denata, pozostawili napoczętego ptaka wraz z prymitywnymi narzędziami do rozdziału mięsa i zniknęli w czeluściach republiki. Pogoń trwa.

J
eszcze kilka upalnych dni i polska młodzież pozna jeden z uroków stanu wojennego, a mianowicie 20-ty stopień zasilania. Rodzima energetyka już wywiesza jęzor ledwo dysząc, bo na chłodzenie rozgrzanych generatorów nie pomaga coraz cieplejsza woda i zapowiada, że być może będzie zmuszona tu i ówdzie wyłączać prąd na podstawie hierarchii ważności, czyli "wajchowy" z rozdzielni mając do wyboru miejski szpital i sejmową knajpę z pewnością odetnie prąd szpitalowi. Kto żyje długo w Polsce ten wie, że taki rodzaj uspokajających zapowiedzi jest zwykle ogłaszany na kilka chwil przed całkowitą klapą. Dyskusję nad unowocześnianiem polskiej energetyki zapoczątkował tow. Edward we wczesnej epoce "pomożecie?" i na etapie dyskusji pozostało, bo mocni my w gębie, a na robotę nigdy nie było pieniędzy. Druga narodowa dyskusja, ale już o energetyce atomowej została zapoczątkowana wraz z budową elektrowni w Żarnowcu ale padła po katastrofie Czarnobyla i już się nie podniosła. Z całego atomowego programu została nam tylko "nowoczesna" elektrownia szczytowo-pompowa działająca na zasadzie nocnego napełniania górnego jeziorka z wodą i dziennego przelewania wody przez turbinki do jeziorka dolnego. Dyskusja z narodem o przyszłości energetyki jądrowej w Polsce będzie miała taki sam efekt, jak namawianie krowy do nasiadówki na własnym mleku, bo nikt ludziom nie wytłumaczył dokładnie o co chodzi, ale za to byli karmieni scenami rzucania się przed pociągi wiozące paliwo jądrowe i przykuwania się do torów przez "obrońców" środowiska naturalnego (którym płacili dyrektorzy elektrowni węglowych) oraz obrazkami z Czarnobyla, kolekcji atomowych grzybów i wypowiedziami posiwiałych docentów bez krzty wyobraźni. Kto był przewidujący i wybudował "atomówki", ten dziś ma dużo prądu i nieźle na tym zarabia. Kto był głupi ten się zastanawia, jak wytłumaczyć narodowi dlaczego będzie musiał siedzieć przy świeczce. Tak, przy świeczce, gdyż nafty do wynalazku Łukasiewicza nie będzie, bo surowiec na Syberii i będzie nas mijał rurą Ribbentrop-Mołotow. Zwykłym gazem się nie da świecić, bo po pierwsze nie świeci zbyt jasno, po drugie grzeje jak cholera, a po trzecie będzie ten sam problem co z ropą. Ponoć siedzimy na nafcie i gazie, ale nikt nie wie, gdzie zrobić dziurkę i wstawić rurkę. Lampki olejowe też będą bezużyteczne, bo przy takim urodzaju rzepaku jak tegorocznej suszy, oleju ledwie starczy na frytki. Zostanie nam świeczka jak za króla Ćwieczka.

A
zbestowej machlojki ciąg dalszy. Miałem rację z tym "kaktusem". Media zainteresowały się tajemniczym statkiem, który na pełnym morzu miał przejąć azbest z "wycieczkowca". RMF FM podało - "Nie wiadomo jednak, gdzie on jest, nie wie o tym nawet Urząd Morski w Gdańsku. Jednostka, jak podaje właściciel "Rotterdamu" - nosi nazwę "Celicca", ale nie ma jej w żadnym rejestrze; nie figuruje też także na liście jednostek spodziewanych na polskich wodach terytorialnych". Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Unia Europejska zrobiła sobie z Polski własne i tanie wysypisko śmieci. Czy w ślad za tym pójdą dotacje na utylizację? A jeśli tak, to do czyjej kieszeni?

P
raca w Sejmie jest nudna i nieciekawa. Zad cierpnie od siedzenia, a i czasem trzeba pomyśleć by nie pomylić przycisku. Dlatego dzień w dzień mózg "wybrańca narodu" jest zajęty poszukiwaniem rozrywki. Posłanki najchętniej biorą udział w pokazach mody, a posłowie preferują festiwale "piosenki sprośnej" oczywiście z obowiązkowym użyciem dopalaczy lub, jak się teraz mówi, enerdżajzerów. Piękna Renata, z zawodu fałszerz podpisów, ta pełna kurwików w oczach i lubiąca sex jak koń owies, będzie teraz pokazywać nam jak się tańczy. Nauki pobiera u Mandaryny, najlepszej tancerki wśród piosenkarek młodego pokolenia i wystąpi w telewizyjnym programie Polsatu "Tańczyć każdy może", który zajął miejsce po przedwcześnie padłej "Gey-Armii". Pani Renia będzie gwoździem programu, który zostanie wbity w zasadzie po programie ale jeszcze przed napisami "w programie (za) udział wzięli". Co zatańczy miss polskiej wsi jest wielką tajemnicą, choć sama poseł twierdzi iż preferuje repertuar z ludowych wesel. Nie jest jednak wykluczone, że wykona utwór spreparowany specjalnie dla niej pod roboczym tytułem "Walc mortadeli".

I
m bliżej wyborów samorządowych, tym zaczyna być coraz egzotyczniej. Będziemy niedługo świadkami takich kolorowych sojuszy, jakich próżno by szukać w normalnym świecie. Polska władza zacznie się mienić kolorami jak kameleon. Najprzystojnieszy generał wśród sikawkowych, szefujący stowarzyszeniu czterolistnej koniczyny ma zamiar iść po terenową władzę ramię w ramię z Partią Obrażonych. Na razie jest po rozmowach wstępnych z tandemem kaszubsko-krakowskim, które jak twierdzi, okazały się obiecujące. Dziwi trochę postawa PO, która zarzekała się, że nie będzie wchodzić w żadne układy z postkomuną, ale jak widać w Polsce cały czas mówi się co innego, a co innego czyni. Z głosowań sejmowych widać, że Partii Obrażonych najbliżej jest do "Czerwonych Kapturków", ale taka koalicja mogłaby wywołać burzę wśród narodu, więc następuje zbliżenie do PSL, jako partii mniej toksycznej. Czy PO nie wie, że PSL potocznie nazywana jest partią "arbuzów"? Jeśli nie, to niech kupią sobie taki kawon i dokonają komisyjnego przecięcia. Co widać? Z wierzchu zielony a w środku czerwony, co autentycznie odpowiada linii politycznej tej partii ziemskich obszarników.

P
an premier oddał do użytku 103 kilometry nowej autostrady relacji Konin-Stryków. Bez pompy, jak za ministra od dróg "polowych", co to kopary ze świecami dymnymi balet czyniły. Zadymiać trzeba było, żeby zasłonić szczere pole, bo autostrady było ledwie 2 km i kończyła się zaraz za ostatnią maszyną. Ówczesny premier z partii "czerwonych kapturków", był tak dumny z siebie i zadowolony, jakby otwierał ostatnie polskie kilometry. Tutaj odsłonięto tylko znak drogowy jako pamiątkową tablicę (praktycznie i pomysłowo), ale jak to u nas bywa, zawsze jest coś nie tak. Autostrada jeszcze nie jest autostradą i przez rok będzie darmowa. Dlaczego? Bo szosa jest "sucha" i nie ma ani wjazdu ani zjazdu i kto będzie chciał sobie pojeździć musi wynająć dźwig, żeby w Koninie wstawił mu samochód na autostradę i tak samo zdjął go w Strykowie, no chyba że ma się radziecki pojazd ze znanej serii T-xx. Czyli autostrada jest, ale jakoby jej nie było. Podobnie jak nowe mosty i wiadukty, na które ani nie wjedziesz ani nie zjedziesz, bo "zapomniano" dobudować dojazdy. Przypomina to sytuację najnowocześniejszej stacji sejsmiczno-meteorologicznej wybudowanej na rosyjskim Kaukazie. Stacja działa doskonale, ale nie może komunikować się ze światem, bo zabrakło 200 metrów telefonicznego kabla.

W
czorajszy dzień miał być kosmicznym świętem Białorusi. Białoruski dyktator, łukaszysta Aleksander Tyranienko, jak go nazywa własny naród, przebył tysiące kilometrów do Bajkonuru, by obejrzeć wyniesienie na orbitę pierwszego białoruskiego satelity o nazwie "Biełka". Nazwa "Biełka" to bynajmniej nie hołd dla pierwszych radzieckich kosmonautów Striełki i Biełki, a skrót od "Biełorusskij Kosmiczeskij Apparat". Tryumf dyktatora po 1 minucie i 26 sekundach zanienił się w stratę wynoszącą 10 milionów dolarów, bo tyle kosztowało białoruskie mocarstwo "eto kosmiczeskije ustrojstwo", które i tak nie wiadomo do czego miało służyć. Przyczyny niepowodzenia zbada specjalna komisja, która już poszukuje szczątków rakiety nośnej na obszarze o wielkości naszego powiatu. Na razie wiadomo tylko, że na wynosiciela wybrano rakietę z arsenału demobilu atomowego, w której głowicę atomową wymieniono na magazynek z satelitami, a która niedawno obchodziła 25 urodziny i prawdopodobnie ze starości człon członowi energii nie przekazał i ostatni nie oddzielił się poprawnie, czyli wcale. Ponieważ całkowita kontrola jakości rakiety jest tylko możliwa w sposób identyczny jak zapałki (przez jej odpalenie), to nie dziwota, że takie niespodzianki mogą wyniknąć. Z eksperymentu jednak widać, że car nie jest rozrzutny i doskonale rozumie problem poradzieckiego recyclingu. Szkoda, że agencje prasowe nie uwieczniły miny dyktatora po eksperymencie, ale prawdopodobnie po jego powrocie przesłuchana zostanie cała białoruska opozycja, a obiecanej amnestii nie będzie. Prasa białoruska napisała, że "prezydent niezłomnie przyjął niepowodzenie" i rozkazał, by biuro polityczne podliczło straty i natychmiast reanimowało program kosmiczny w celu zbudowania jeszcze lepszego satelity. Chyba najlepiej takiego, który by sam wszedł na orbitę.

A
co u nas, w kraju raju? Oj dzieje się, dzieje. W pałacu prezydenckim "coś" straszy. Prowadzone jest śledztwo reporterskie na okoliczność spersonalizowania ducha, sięgające w głąb do XVIII wieku. W pałacu trwają konsultacje dotyczące metody i osoby egzorcysty, a póki co praca prezydenckiej kancelarii jest lekko sparaliżowana strachem. Na miejscu pana prezydenta zacząłbym od sprawdzenia ilości tzw. "pluskiew", które po sobie zostawili poprzedni prezydenci, a szczególnie jeden korzystający z doskonałej radzieckiej techniki, a potem jeszcze raz wyświęcić wszystkie komnaty, bo jak wiadomo woda może spowodować zwarcie w delikatnej elektronice. W Pyrlandii, po wielomiesięcznym śledztwie dokonano odkrycia, że papiery na poznańskie CBŚ zostały sfałszowane i miały być pomocne "czerwonym kapturkom" dla szybkiej wymiany dobrych na "swoich", której dokonał ówczesny minister "wnutriennych dieł" czyli ten, u którego "pod kontrolą" były nawet opady atmosferyczne. W ministerstwie defensywy trwa deratyzacja. Gen. Koziej odszedł z MON-u, a poszło ponoć o kształt reformowanego od 18 lat ministerstwa. Generał chciał, by planowaniem działań na wypadek "W" zajmowali się wojskowi (a więc ci, co się na tym znają), a minister odwrotnie, choć wiadomo od dawna, że gdy podczas wojny decyzje podejmuje polityk, to jest więcej niż pewne, że do walki będzie trzeba rzucić niezdolnych do walki czyli tzw. "Volkssturm". Na razie wojskowego podmieniono na historyka (ale z Waszyngtonu), który wiedzę wojskową nabywał zapewne na balach dyplomatycznych. I na koniec powiadomienie dla polityków - ich oświadczenia majątkowe będą sprawdzane przez Centralne Biuro Antykorupcyjne. Metoda jest jak zwykle utajniona - anioł zagłady zatrąbił, czyli "uwaga! żarty się skończyły i będzie". W sierpniu odpowiednia ustawa ma trafić do Sejmu, który trzykrotnie ją przesylabizuje i zastanowi się co można spieprzyć, potem to samo zrobi Senat, potem powrót do Sejmu, następnie ewentualnie Trybunał Konstytucyjny i albo rozpoczęcie sprawdzeń albo procedura od nowa. Sygnał do "swoich" jest jasny - macie co najmniej pół roku, by sprzedać, oddać znajomym, wyczyścić konta lub wywieźć za granicę. Kto tego nie zrobi, to jest głupi, a takich nawet Bóg nie lubi, nie mówiąc o rządzących wierzących.

N
asz pierwszy niekomunistyczny (hehehe) prezydent znów obrażony i do tego stopnia, że na Gadu-Gadu założył pierwszy prywatny Instytut Pamięci Narodowej. Został wpędzony w nerwy przez "katolicki głos w twoim domu", który tendencyjnie i uporczywie wmawia narodowi, że on grał główną rolę w najlepszej polskiej kreskówce obok niejakiego Lolka. Na łamach gazet, które go "nie chcom ale muszom lubić", namawia do obywatelskiego donosicielstwa na toruńskie RMF (Radio-Maryja-Fakty) ojca Rydzyka i nadsyłanie wszelkich audycji (tylko w formacie mp3), w których padło słowo "Bolek". Nagrań, jak mówi, już ma na tony i nie wie co z tym robić, bo nie wychodzi mu e-selekcja, co dziwi, gdyż dla elektryka powinna to być "bułka z masełkiem". Skąd te "tony" trudno wyczuć, bo jak pamiętamy zwolenników od dawna ma poniżej 1%, ale chyba działa liczna rodzina i ci, co każdego roku "na krzywy ryj" piją na imieninach i innych rocznicach. A co się będzie działo, jak rozgłośnia zacznie używać jego prawdziwego imienia i nazwiska?

C
zy wiesz, że Wisława Szymborska (noblistka) i Tadeusz Mazowiecki (pierwszy "niekomunistyczny" premier) w roku 1953 podpisali się pod rezolucją wzywającą polski sąd do surowego ukarania księży, rzekomo szpiegujących na rzecz USA (w tym bp. Kaczmarka)? W późniejszym "procesie" trzech księży skazano na śmierć, a resztę na długoletnie więzienie. Nasz wielki antykomunista napisał wtedy: "Nie tylko bolejemy, ale i odcinamy się od błędnych poglądów ks. biskupa Kaczmarka, które doprowadziły go do akcji dywersyjnej wobec Polski Ludowej, i kierowały w tej działalności jego postawą". Tadeusz Mazowiecki przyznał, że napisał ten artykuł" i wyraził ubolewanie dopiero w roku 1990. Szymborska milczy. Ze znanych mi intelektualistów podpisy złożyli także między innymi Karol Bunsch, Sławomir Mrożek, Julian Przyboś i Leszek Herdegen (aktor).

L
ustracjo, Lustracjo, cóżeś ty za Pani... Będziemy mieli kolejny klon ustawy, której zadaniem było udupienie PRL-owskich kacyków, a w rzeczywistości spowodowało ponowny ich rozkwit i to w różnych kolorach i na każdej glebie. "Gruba kreska" pieczołowicie dopracowana przy Okrągłym Stole przez nowych i starych władców, raz na zawsze uniemożliwiła rozliczenie komuny, umożliwiła za to przegląd i zniszczenie niewygodnych akt (szczególnie drzew genealogicznych) oraz skompletowanie nowych, potrzebnych do przyszłej walki o stołki (tu należy szukać motywu zabójstwa Jaroszewiczów, a także sprawców tegoż). Dla picu powstał Instytut Pamięci Narodowej, którego zasadniczym celem było i jest szukanie dokumentów, które umknęły uwadze pierwszym poszukiwaczom i rzucaniem od czasu do czasu "pereł przed wieprze" czyli mało znaczących papierków dotyczących przeważnie denatów albo podskakujących powyżej nerek. Czy nowa ustawa coś zmieni? Nic, a jeszcze bardziej zagmatwa i zamgli całą sprawę. Już samo udokładnienie stanowisk do lustracji stanowi wyraźny sygnał, gdzie czerwone wszy i ich gnidy mogą nadal spokojnie wieść żywot pasożyta. Zlikwidowanie sądu lustracyjnego i przekazanie wszystkiego do IPN, to majstersztyk ustawowy, bo teraz wystarczy uchwała Sejmu ograniczająca ilość pracowników lub odebranie w budżecie części pieniędzy, aby unieruchomić IPN na wiele lat. Zwyczajny obywatel, a więc ten nie podlegający lustracji z urzędu, będzie mógł tylko uzupełnić swój pamiętnik, kiedy widziano go w stanie nieważkości i z kim się doprowadził do takiego stanu. Nie dowie się natomiast, kto na niego donosił, bo zabronione będzie "ujawnianie osób trzecich". Maleńka wzmianka o nieujawnianiu "informacji, które są tajemnicami w świetle innych ustaw" oznacza, że jeśli w ustawie "o hodowli ziemniaka wczesnego jako surowca do dalszego przetwarzania" jest zapis, że nie podaje się danych o kontrahentach, to żadna siła nie zmusi IPN, by podał nazwisko i imię kapusia. Zrobiono też głęboki ukłon w stronę "wybrańców narodu" wprowadzając zapis o niepodawaniu danych o zdrowiu i życiu seksualnym (alkoholizm to też choroba). Wniosek jest jeden - wszelkie ustawy o lustracji są robione w taki sposób, by bez przerwy mącić wodę, tak by wszelkie syfy nie zdążyły opaść na dno. Czerwone Kapturki już zapowiedziały interwencję w Trybunale Konstytucyjnym, co w najlepszym wypadku opóźni jej wprowadzenie o kilka miesięcy, a co i tak jest w sumie mało istotne.

P
rasa wielkimi "wołami" napisała w tytule: "Walentynowicz nie znalazła dowodu, by Lech Wałęsa donosił". Hehehe, jakby znalazła, to by dopiero esbecja dała dupy. Działaczka Solidarności (tej prawdziwej), po przestudiowaniu akt miała się wyrazić: "Nie ma dowodu, że Wałęsa to był "Bolek". Wiem, że "Wala" to była Puciata-Chocimska. Takiego identycznego dokumentu o Wałęsie nie mam". Pani Anno, czy Pani jest tak naiwną, by sądzić, że pan "represjonowany" był prezydentem tylko po to, by prezentować Polskę za granicą i tłumaczyć wszystkim, że "nie chcem, ale muszem"? Czy Pani sądzi, że swoją teczkę czytał do poduszki, by szybciej zasnąć? A jak Pani sądzi, dlaczego trzymał tak kurczowo przy sobie bardzo "wygadanego" i pyskatego prawnika i jeszcze bardziej obrotnego kierowcę? Czy dlatego, że byli fachowcami? Tak, tu się zgadzamy. To byli fachowcy najwyższej klasy. W Polsce mamy jeszcze bardzo dużo fachowców i dlatego Pani dowiedziała się tak mało i więcej się nie dowie.

D
wie witryny monitorujące trzęsienia ziemi na świecie ("Automatic GEOFON Global Seismic Monitor" i "IRIS Seismic Monitor") odnotowały trzęsienie ziemi w Polsce o sile 4,2°R, dzisiaj (28 lipca) o godzinie 15:43:57 UTC oraz współrzędnych 16.02°E i 51.46°N czyli gdzieś w okolicach Bolesławca. I co? I nic. Jest to już drugie trzęsienie ziemi w Polsce, które zauważyłem w monitoringu, a o którym polskie media nie raczyły nawet wspomnieć. Czyżby nie było to istotne? Podobną siłę miało tąpnięcie w KGHM, gdzie odpalono pod ziemią 1,5 tony trotylu. Wtedy pisano, bo nie dało się ukryć zarysowanych murów i rozwalonych sprzętów, albo było potrzebne do jakiejś czystki w KGHM. A dzisiejsze? Albo media lekceważą takie przypadki, albo państwo celowo zakłada kaganiec, by ukryć przypadek i umyć rączki przed ewentualną pomocą i nie płacić odszkodowań. Dane poprzedniego - 14 czerwca 2006, godz. 15:56:16 UTC, 16,13°E i 51,47°N, siła - 4,5°R, głębokość 5 km. (prawie w tym samym miejscu).

P
an Prezydent RP raczył wreszcie głośno powiedzieć o tym, o czym skąpo lub wcale nie informuje polska prasa, radio i telewizja. Powiedział między innymi - "istnieje w Europie potężne lobby, któremu nie podoba się obecna ewolucja polityczna w Polsce. Poza tym, przykro mi o tym mówić, ale olbrzymia ilość tej krytyki płynie z Polski, z tych środowisk, które miały wpływ na władzę, a przynajmniej wydawało im się, że mają monopol na politykę zagraniczną. [...] moi krytycy mają prawo wypowiadać swoją opinię na temat sytuacji politycznej, ale w kraju. Obecną sytuację porówuję do XVIII wieku i Targowicy, gdy wielu polskich magnatów służyło obcym dworom". Panie Prezydencie, proszę iść za ciosem i wytłumaczyć Narodowi, dlaczego pewna mniejszość (i bynajmniej nie niemiecka), liczona na mniej niż 1% narodu, zajmuje większość najwyższych stanowisk w partiach politycznych, w Sejmie, w Senacie, w dyplomacji, w sądownictwie, w gospodarce, w bankowości, w spółkach Skarbu Państwa, w Agencjach wszelkiego typu, w urzędach, w mediach, w edukacji itd., itd. Proszę pokazać wpływ tej mniejszości na 18-letni "rozkwit" naszego, ponoć już suwerennego i demokratycznego, kraju. Proszę pokazać, kto zaplanował tak niespotykanę emigrację najzdolniejszych i młodych Polaków w poszukiwaniu pracy u obcych. Proszę pokazać wpływ tej mniejszości na doprowadzenie całego prawie Narodu na skraj nędzy. Proszę podać jakie polskie pseudonimy ukrywały prawdziwe nazwiska dwóch ostatnich prezydentów Polski i choćby dwa prawdziwe nazwiska ubiegających się dzisiaj o fotel prezydenta stolicy. Naród nie jest głupi i Naród zrozumie, dlaczego we własnym kraju stał się niewolnikiem i chłopem pańszczyźnianym. Naród nie jest głupi i Naród zrozumie, dlaczego były esbek i były komuch za swoją emeryturę może utrzymać całą rodzinę, a on ze swojej nie może utrzymać samego siebie. Naród nie jest głupi i Naród zrozumie dlaczego z pieczołowicie odkładanych dziś pieniędzy, nie przeżyje na przyszłej emeryturze. Naród nie jest głupi i Naród zrozumie, dlaczego reforma służby zdrowia wydatnie zmniejszyła jego liczebność. A jak Naród zrozumie, to niewątpliwie będzie miał wpływ na najbliższe wybory. Może wtedy przestaniemy się dziwić tęsknocie za dawnym PRL-em. W celu lepszego zrozumienia sytuacji w naszym kraju-raju (szczególnie przez niedowiarków) proponowałbym obowiązkowe podawanie w mediach, przy znanych dziś nazwiskach, danych o rodzicach tychże, a przynajmniej ich prawdziwych nazwisk. Tak, jak to było w kochanym Związku Radzieckim: Nazwisko! - Sacharow. A przed rewolucją? - Zuckerman.

D
o pierwszego niekomunistycznego (hehehe) prezydenta, nieprzejednanego wroga toruńskiej rozgłośni (o nazwie Tej, którą pan prezydent nosi na klapie) dołączył jego przyjaciel szefujący partii, wielokrotnie zmieniającej szyld, która teraz ma w nazwie czarodziejskie słowa "demos i kratos", a której wcale nie przeszkadza, że roi się w niej od komuchów zwanych dla niepoznaki liberałami. Gazeta wspierająca wymienioną wyżej rozgłośnię napisała, że pan przewodniczący maczał paluchy w tak zwanej wrocławskiej aferze celnej. Pan przewodniczacy już zapowiedział, że pozwie gazetę do sądu, tym bardziej, że wszystkie prokuratury poszły w zaparte i twierdzą, że nazwisko nie padło, a sprawa prowadzona jest "w sprawie" czyli prowadzimy śledztwo, które tak naprawdę nie jest żadnym śledztwem, a prowadzimy dlatego, by nie wyjść z wprawy. Wniosek z tego, że prawdziwe "krajowe czynniki opiniotwórcze" wpuściły gazetkę w maliny i dały pretekst do następnej nagonki. Ciekawe, czy jeszcze ktoś w Polsce wierzy w sterylną "czystość" obojętnie jakiego polityka? Wiadomo, że "nie ma ludzi zdrowych - są tylko nie zdiagnozowani" podobnie jak - "nie ma czystych polityków, są tylko chwilowo nie będący w sferze zainteresowania prokuratury". Firma pana przewodniczącego, działająca we Wrocławiu, przyjęła dla niepoznaki nazwę wybitnie kojarzącą się z transportem morskim, co nie dziwi, bo kiedyś klub sportowy "Górnik Zabrze" miał się nazywać "Pikling Zabrze", na co nie pozwolili dumni górnicy. Jeden z internautów zamieścił taki komentarz: "ciekawe, skąd tak biedny kierowca MZK wziął pieniądze na tak liczny tabor dla swojej firmy?". I to jest prawidłowo postawione pytanie. Szkoda, że retoryczne.

S
tała się rzecz niesłychana. Pan Patrick Moore jeden z założycieli ruchu ekologicznego Greenpeace (po polsku "Zielony Pic") zmienił zdanie na temat energii jądrowej i teraz radzi Polakom, by jak najszybciej zbudowali sobie "atomówkę". Przyznał, że był młody i głupi i dał się wmanipulować w "zimną wojnę", a teraz jest starszy i przez to mądrzejszy. Lepiej późno niż wcale, choć nam to już nic nie da, bo my w dalszym ciągu jesteśmy "młodzi i głupi", a przynajmniej naród w tzw. terenie. Polska edukacja o energii jądrowej cały czas opierała się na opiniach takich panów i teraz nie pomoże nawet proste wyznanie "pomyliłem się". Wiadomo, że Polak i przed i po szkodzie głupi, bo przez ten czas nie wybudowano nawet jednej fabryki, która zajmowałaby się produkcją baterii, akumulatorów czy najzwyklejszych prądnic do rowerów. Skoro polska edukacja na wymieniony temat trwała z przerwami około ćwierć wieku, to teraz należy doliczyć drugie tyle na wytłumaczenie narodowi, że jest to potrzeba chwili, co rokuje planowanie i projektowanie takiej elektrowni już w słabym świetle zapomnianej dawno świeczki i na komputerze napędzanym dynamem od roweru. Gdybyśmy kiedyś posłuchali tow. Edwarda, to dziś mielibyśmy przynajmniej co przebudować czy unowocześnić, a tak stoimy już nie przed problemem "czy wyłączą?", ale "kiedy wyłączą". Co to oznacza nie trzeba tłumaczyć, bo każdy pamięta wyłączenie prądu w Nowym Jorku, który po kilku zaledwie dniach o mało co nie utonął we własnych śmieciach i gównach o braku pitnej wody nie wspominając. Problem już wraca, ale jak to u nas bywa, ważniejszy będzie problem aborcji, reklamy prezerwatyw i miłości do kochających inaczej. W celu edukacji wstępnej proponuję przeczytać artykuł zamieszczony w organie prasowym Komitetu Centralnego Polskiej Partii Liberalno-Demokratycznej.  artykuł

I
niejako rozpędem problem następny, który może okazać się dużo gorszy w skutkach niż brak prądu - brak wody. Problem znany i lubiany, choć nie kochany, jak wszystkie te, na które trzeba wyłożyc duże pieniądze. Trąbi się o nim już kilka ładnych lat, ale głos myślących nie dociera do najważniejszego w Polsce budynku, gdzie jak na razie wody nie brakuje i to pod każdą postacią, nawet destylatu. Dlaczego jest tak źle? Dlatego, że teraz zaczynają wychodzić błędy jakich dopuszczano się przez ostatnie 60 lat. Najpierw była wielka melioracja wsi, ale zapomniano, że słowo melioracja oznacza nie tylko odwadnianie ale także nawadnianie. Opiekun polskich pól i łąk, zwany państwem, wykonał tylko połowę melioracji, czyli odwadnianie, bo deszcze wtedy padały regularnie a KC PZPR nie przewidywał zmian klimatycznych. Zniszczono, w ramach centralizacji państwowej energetyki, małe regionalne elektrownie wodne, a przy okazji wszelkie małe młyny, przy których egzystowały małe zbiorniki retencyjne. W ramach budowy wielkich kopalni odkrywkowych węgla brunatnego, obniżono regionalne wody gruntowe tak, że w promieniu kilkunastu kilometrów wsie same się polikwidowały z braku wody w studniach. Ambitny, choć komunistyczny, program "Wisła" mający przegradzać rzekę w kilku miejscach i zatrzymywać wodę bezproduktywnie wlewającą się do Bałtyku, zatrzymali obrońcy środowiska tylko dlatego, gdyż według nich węgorze mogłyby dopływać do Krakowa i ceną konkurować z tymi znad morza. Po każdej powodzi wiele partyjnych paszczy zionęło obietnicami budowy zbiorników retencyjnych, ale zapał opadał równie szybko jak woda. Tak więc po latach może się spełnić wielkie pragnienie tow. Chruszczowa o całym socjalistycznym obozie pełnym kukurydzy, bo na suchej glebie ziemniak czy zboże nie wyrośnie. Ludzie zresztą też.

A
ktorka Ewa Sałacka zmarła od ukąszenia osy. Przykre to, ale przy okazji prasa nastraszyła wiele osób podejrzewających u siebie uczulenie na owadzi jad. Bodaj tylko jedna gazeta napisała, jak było naprawdę. Aktorka nie zauważyła osy pływającej w napoju, wypiła napój, a osa użądliła ją w gardło od wewnątrz. Natychmiastowe opuchnięcie spowodowało jej uduszenie i nikt by jej zapewne nie pomógł, bo w takim wypadku ratuje tylko błyskawiczne udrożnienie dróg oddechowych, przez włożenie rurki do krtani. Zabrakło tej natychmiastowej pomocy. Przy okazji jak zwykle dowiedzieliśmy się, że lek przeciwdziałający wstrząsowi analifaktycznemu jest dostępny w aptekach, ale przeterminowany i kosztujący jedyne 240,00 zł. Polska rzeczywistość...

P
rzy huku wystrzałów z broni maszynowej, oddziały powstańcze zaatakowały i zdobyły po południu budynek Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych (PWPW) u zbiegu ulic Sanguszki i Zakroczymskiej w Warszawie, broniony przez wojska niemieckie. - tak rozpoczyna się gazeciany reportaż z przebiegu potyczki. A ja chcę zapytać - czemu i komu mają służyć ostatnio tak powszechne "powtórki z historii"? Uczono mnie od małego, że pamięć bohaterów należy czcić w ciszy i skupieniu, zapalając znicz w hołdzie zmarłym i poległym, wiedząc dokładnie dlaczego. Mentorzy polskiej edukacji doszli jednak do wniosku, że są to doskonałe "lekcje patriotyzmu". Jakiego patriotyzmu? Zamiast rzetelnej wiedzy zdobytej na lekcji historii z podaniem przyczyn i skutków, młodzieży serwuje się "film" na żywo, z którego zapamięta jedynie wrzaski, huk, smród prochu i ewentualnie to, że nasi wpier... Niemcom. Kto i z jakich przyczyn prowadził walkę, wiedzą chyba tylko ci, co reżyserowali spektakl. Tak, spektakl i to mierny, w którym usiłuje się odtworzyć przypuszczalny bieg historii, bo ci co go znali tak naprawdę, przyglądają się już z wysokości i zapewne z politowaniem. Jak i co dzisiejsza młodzież przekaże własnym dzieciom? Podobnie jest z innymi namiastkami "lekcji patriotyzmu", które wykorzystuje się jako świetną okazję do pokazania masek tzw. polityków i okazję do pochlaju. Jak historię znają polscy politycy, pokazał minister ON pod Grunwaldem, o czym już wspominałem. "Chleba i igrzysk" - taką metodę stosuje Ministerstwo Edukacji Narodowej. Motłochowi nie jest potrzebna rzetelna wiedza, a tylko jej namiastka, bo motłoch ma pracować a nie myśleć. Jeśli tak dalej będziemy uczyć młodzież polskiej historii, to możemy być pewni, że polscy patrioci wychylać będą tylko z kart podręczników (o ile jeszcze będą drukowane). Lekcje tę można jednak wykorzystać, bo jak wiadomo Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych dziś także znajduje się w obcych rękach.

Z
aczynam się bać o własny kraj. Pierwszy niekomunistyczny (hehehe) prezydent znów zapowiada napad na Belweder. Jak zauważył - "Sytuacja w Polsce nie podoba mi się i muszę się znów zaangażować, bo nie mam innego wyboru. Nie podoba mi się kierunek, w jakim idzie Polska pod rządami braci Kaczyńskich". Ciekawe tylko, dlaczego ogłasza to poprzez prasę brytyjską, a nie krajową. Czyżby w Londynie już utworzył rząd tymczasowy? A może polskie media nie chcą z nim rozmawiać, bo brakuje pieniędzy na tłumacza? Powrót ma być dubeltowy, bo "przyjaciel domu" i osobisty szofer też to zapowiada. Kto będzie tym trzecim za adwokata-denata? Na razie nie wiadomo, bo bliźniacy mają zamiar przetrzepać skorumpowaną polską palestrę. Poważnie mówiąc, gdybym miał wybór pomiędzy knechtą ze Stowięcina a tym niby-Polakiem, z pewnością wybrałbym tego pierwszego, bo dużo inteligentniejszy, mówi swobodnie po polsku i nie musiał zdobywać średniego wykształcenia w tajnym głosowaniu Sejmu.

N
iemożliwe, a jednak słowo ciałem się stało. Statek-widmo "Celica" stanął na redzie portu gdańskiego i oczekuje na sygnał do przeładunku azbestu (ale tylko tego luzem). Widać jednak z tego, że polska prasa lubi koloryzować i wpuszczać zwykłych ludzi w maliny. W decyzji kapitanatu nie było żadnej wzmianki o przeładunku na pełnym morzu, a tylko o opuszczeniu portu i polskich wód terytorialnych. Ciakawe, czy te jaskółki, to prawda, czy także wymysł utalentowanego dziennikarza. Wniosek jest jeden - w dalszym ciągu w polskiej prasie cel uświęca środki i nie jest ważne, czy on ukradł czy jemu ukradli, byle zagarek był na pierwszej stronie. W dalszym ciągu króluje fakt prasowy a'la "Berele", wcielony w życie przez rycerza Okrągłego Stołu.

H
ak, dla zwykłych ludzi, kojarzy się z pożytecznym przyrządem do wieszania czegoś lub czegoś wyciągnięcia. Ponieważ polski polityk, to milowy krok na drodze ewolucji, więc i zwykły hak awansował do politycznego narzędzia. W tym ćwierćświatku ( bo półświatek przy nich, to aniołki), hak jest przyrządem, z pomocą którego najpierw wyciaga się "brud", a potem na nim wiesza się osobnika spapranego tym brudem. Hak polityczny jako instytucja, rozpoczął swoje działanie wraz z zakończenim prac słynnej komisji Szechtera i stał się instytucją ponad państwową, a przynajmniej stojącą ponad prawem. Hak jest narzędziem bardzo niebezpiecznym, bo kto na przykład pamięta, że jego dziadek "chrząknął odbytem" na poważnym przyjęciu w ubiegłym wieku lub nie daj Boże, służył w Wermachcie, bo służba w Armii Czerwonej jest nadal mile widziana, a szczególnie w oddziałach NKWD. W życiu społecznym, a właściwie politycznym, instytucja ta stała się drugim Instytutem Pamięci Narodowej, który co ciekawe jest bardziej zasobnym w dokumenty niż ten "prawdziwy". Baza danych jest też nie do zniszczenia, bo rozśrodkowana po domach "cichociemnych" w całej Polsce, tak że nawet wybuch jądrowy nie jest w stanie zniszczyć całości. Jest najpilniej strzeżonym oraz najbardziej pożądanym przedmiotem, o czym na własnej skórze przekonał się były premier byłego PRL-u, a wymiana danych odbywa się na zasadzie wymiany filatelistycznych rarytasów. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że brak haka też jest hakiem, bo kto dziś uwierzy, że polski polityk może być sterylnie czysty.

T
racąca stałych klientów "Rzepa", emanująca z okładki wszelkimi kolorami, a w rzeczywistości prezentująca tylko środowisko w tonacji bardzo głębokiej czerwieni, popuściła tzw. sondaż, z którego wynika, ża naród w dalszym ciągu się buntuje i nie chce iść do urn wyborczych. Badania socjologiczne "na zlecenie" wykazały ponoć, że naród jest zniechęcony do polityki, a głosują zawsze znajomi królika, by króliczek nie wypadł z pierwszego obiegu. Moje badania socjologiczne, prowadzone na reprezentatywnej grupie kilku osób wskazują jednak na coś innego. Naród nie jest zniechęcony, ale naród zrozumiał, że jakby nie głosował, to zawsze na fotele wlezą "czerwone kapturki" oraz "blado niebieskie smerfy" i zawsze o tych samych facjatach. Naród nie głosuje, bo nie ma żadnego wyboru, a jeśli nawet ma kilka "szyldów", to i tak wiadomo, że pod każdym z nich kryją się nieprzebrane zastępy byłej kierowniczej siły narodu i jej tajnego ramienia. W Polsce nie ma wyrazistych partii i dlatego wybory przypominają serwowanie pomidorowej z jednego kotła, zgodnie z niezmienną zasadą żołnierskiej kuchni - raz z wierzchu i raz z dna, ale nikt nie raczył zauważyć, że jedząc ciągle to samo, można w końcu zwymiotować już na sam widok. Widać wyraźnie, że jak znalazła się jedna partia, która choć nie ma wizji, a zaledwie cel, to od razu została skopana przez watahę "związku patriotów polskich", wspieranych ochoczo rodzimym pismem, głosem i obrazem, a nawet przez polskich "przyjaciół" z zagranicy. Jeszcze nie zdążyli porządzić, ale już wiadomo, że nie potrafią. Oznacza to, że komuś zaczyna się palić pod nogami i to tak, że na gwałt wzywa wszystkie "służby ratunkowe". A do wyborów znów musi iść sama "yntelegencja".

P
rezydent odebrał order Virtuti Militari byłemu ubekowi. Jak na razie to kropla w morzu polskiej niesprawiedliwości, ale dobry znak, chociaż pojedynczy. Mało kto wie, że polskie ordery (nie mylić z medalami), to oprócz kawałka nierdzewnej stali i emalii, określone profity pieniężne i to czasem niemałe. Przykładowo, w latach 90-tych ubiegłego stulecia trwała zażarta walka o Order Odrodzenia Polski, gdyż nawet ten najniższy rangą dawał 25% dodatku do państwowej emerytury. W dawnym LWP było normą, że odchodzący do rezerwy (ale z etatu co najmniej pułkownika) otrzymywał go "z urzędu" i nie musiał mieć nawet pełnej wysługi lat, by otrzymać 100% emerytury. Temu ubekowi odebrano order wyrokiem sądowym już w roku 1998 i nie wiedzieć (a właściwie doskonale wiedzieć) czemu wyegzekwowano to dopiero dzisiaj. Ciekawe, czy kanalii zabiorą też pieniądze, nieprawnie pobierane przez bez mała 20 lat.

O
dnaleziony 12 lipca przez pracowników Petrobalticu wrak jedynego w historii Niemiec lotniskowca "Graf Zeppelin" wzbudził nie lada sensację u naszych zachodnich sąsiadów. I zapewne nie chodzi tu o pielęgnowanie zaginionej niemieckiej myśli technicznej, a o zwyczajne manko w powojennej kasie. Odkrycie to zdejmie wreszcie odium z niemieckich księgowych, których niesłusznie posądzano o gigantyczny szwindel. "Graf Zeppelin" miał bowiem w sobie niezliczoną ilość zagrabionych w Polsce skarbów. Lecz jeśli wraku będziemy tak pilnować jak "Wilhelma Gustloffa", to znów będziemy tylko szczęśliwymi posiadaczami kupy złomu, niemożliwej nawet do wydobycia i przetopienia w dymarkach "Sędzimira".

Z
a czasów, gdy Polską rządził król Leszek III Czerwony, kryształowo czystym było tylko Ministerstwo Obrony Narodowej. Było to tak podejrzane, że graniczące niemal z cudem, ale sztuka maskowania to przecież domena wojskowych. Ponieważ jak pisałem - "nie ma czystych polityków, są tylko chwilowo nie będący w sferze zainteresowania prokuratury" - należało tylko poczekać. Zmiany klimatyczne w rejonie centralnej Polski, spowodowały, że ów szlachetny "MONolit" zaczął tracić blask. Kolejne już "Ministerstwo Obrony Narodowej zawiadomiło prokuraturę o podejrzeniu przekroczenia uprawnień przy zezwoleniu trzem byłym wysokim rangą urzędnikom MON na zajmowanie i wykupienie służbowych mieszkań". Te "służbowe mieszkania", to nie klitki przysługujące zwykłym wojskowym, a apartamenty w stolicy wykupione za jedyne 10% ich wartości, czyli już na kieszeń urzędnika RP. Co się stało z tymi pozostałymi 90% na razie nie wiadomo, ale z pewnością nie poszły na nowoczesne uzbrojenie. Czy były "pierwszy" MON nic nie wiedział o machlojach swoich podwładnych? Są tylko dwie możliwości - nie wiedział, to znaczy nie dopełnił podstawowych obowiązków, albo obowiązki wypełniał wzorowo, tylko "coś" musiało mu wpaść do "oka", a raczej "w karman". Na razie sąd zainteresował się tylko trzema osobnikami, ale wiadomo, że MON to armia, a armia to kupa ludzi i niewątpliwie z tej mętnej breji sąd wyłowi następne "rybki". Ciekawe tylko, czy starczy mu samozaparcia, by wyciągnąć rekiny.

W
ielka Brytania odmówiła wszczęcia procedury ekstradycyjnej stalinowskiej prokurator wojskowej Heleny Wolińskiej, podejrzanej o bezprawne aresztowanie w latach 50-tych kilkunastu osób, w tym gen. Augusta Fieldorfa. Brytyjczycy powołali się na "przesłanki natury humanitarnej". Tak postępuje odwieczny ponoć "przyjaciel" Polski i Polaków. Sama zainteresowana mówi, że "jest niewinna, a jej sprawa ma charakter polityczny i UWAGA - antysemicki". Czyli sprawa może mieć głębsze dno, ściśle powiązane z miedzynarodową sześcioramienną gwiazdą. Czy Wielka Brytania aż tak nam sprzyja, mogą świadczyć dwa tylko przypadki z historii. Pierwszy, to trzecia konferencja NKWD i Gestapo w Zakopanem na przełomie lutego i marca 1940 r., gdzie w 6-tygodniowym sympozjum wzięli udział zaproszeni jako dziennikarze, przedstawiciele wywiadu brytyjskiego (a więc Wielka Brytania wiedziała o stalinowskim mordzie jeszcze przed jego wykonaniem).  artykuł Drugi, to odmowa pomocy w wyjaśnieniu śmierci gen. Sikorskiego pod Gibraltarem, gdzie roi się od dowodów na "familijną" wręcz współpracę ze Stalinem. Oba te przypadki świadczą o zażyłości wywiadów - brytyjskiego, bolszewickiego i hitlerowskiego, która prawdopodobnie nie wygasła do dzisiaj. Na tym tle sprawa Wolińskiej jest niestety nie do załatwienia, czyli jak śpiewał Wojciech Młynarski - "po co babcię denerwować, niech se babcia żyje". Wstrzymanie dopiero na początku tego roku, płaconej regularnie od roku 1970, emerytury wojskowej w wysokości niecałych 500 funtów, to jeszcze jedna kpina ze sprawiedliwości.

F
idel Castro (nie mylić z zabiegiem chirurgicznym) przekazał władzę swemu bratu. Oczywiście tylko na moment, bo musi przejść rehabilitację po "drobnym" zabiegu kosmetycznym z powodu krwawienia jelit. Wywołało to szał radości wśród amerykańskich Kubańczyków, którzy zapewne jeszcze nie wiedzą, że wódz rewolucji ma żyć 120 lat (dzięki "prawdziwym" lekarzom). Zmiana rządów na Kubie nie ma istotnego znaczenia, bo Fidel już dawno zrozumiał znaczenie "urzędników" państwowych i będzie wyglądać tak samo, jak i u nas od czasów Okrągłego Stołu.

R
adziecka bolszewia znów zaczyna pouczać Polskę. Komuszy dziennik "Wriemia Nowostiej" tłumaczony na polski jako "Nowe Czasy" (starsi pamiętają taki "polski" organ prasowy) zaczyna robić wrzawę o przywrócenie w Polsce kary śmierci. Oni sami do dziś wieszają i rozstrzeliwują, co jakoś nie przeszkadza putinowszczinie i jej sumieniu. Tym samym nasz wschodni "sąsiad" dołączył do chóru wujów z Unii Europejskiej (ta sama rączka), które mówią o "fundamentalnych wartościach wspólnoty europejskiej". Kara śmierci jest w Polsce potrzebna, a nawet konieczna przynajmniej ze względów ekonomicznych. Żywienie zwyrodnialców kosztuje niemałe pieniądze zwykłego obywatela, któremu państwo jeszcze nigdy nie dołożyło do garnka. Wszyscy wiedzą, że dzienna stawka żywieniowa bandziora w więzieniu wielokrotnie przewyższa stawkę żywieniową chorego w zwykłym szpitalu. Z prostego rachunku wynika, że normalny, uczciwy obywatel musi sobie odjąć od ust, by przekazać haracz na paszę dla ludzkiego bydła. Dochodzi nawet do paradoksów, że morderca (podjudzony przez swojego kauzyperdę) skarży matkę ofiary o zniesławienie, którą od razu i z lubością zaczyna ścigać polski sąd. Kara śmierci musi zostać przywrócona, bo tylko taka może dać satysfakcję pokrzywdzonym i wykorzenić zezwięrzęcenie w polskim społeczeństwie. Jeśli chcesz mieć plon, to musisz wyrwać wszelkie chwasty. A wiesz kto zniósł karę śmierci? Ci, którzy powinni dawno wisieć. I jeszcze ostatni sondaż w interia.pl - za karą śmierci - 71% respondentów.

W
e wrześniu Partia Obrażonych wyrusza autobusem w teren i nie będzie to zwykły autobus, ale autobus z "cieniami gabinetu". Dwudziestu "cieniasów", jak trafnie to ujął syn byłego premiera, ma w terenie wytłumaczyć ludziom to, czego nie potrafili wytłumaczyć przez całą, poprzednią kampanię wyborczą. A kto zapłaci za benzynkę? Oczywiście ci, którym będą tłumaczyć. Doszli do wniosku, że podróże indywidualne nic nie dają i teraz ruszą "mości panowie, kupą". Czyli krótko mówiąc, wyjeździli już za nasze indywidualnie, a teraz zrobią to samo, tyle że w większej grupie. Podatnik zapłaci dwa razy za to samo. Grupie ma przewodniczyć bajarz ludowy dwojga imion, tym razem w roli trenera-koordynatora. Jak słusznie zauważył jeden z pomniejszych członków - "problemy regionów nie zawsze są dobrze widoczne z Warszawy" - i dlatego - "warto odwiedzić różne regiony Polski razem, porozmawiać z samorządowcami i kompleksowo przyjrzeć się problemom różnych regionów - narysować sobie mapę Polski". Ciekawe po co rysować, jak tego od groma w atlasach, no ale zawsze można jeszcze wziąć diety "za rysowanie". Proponuję koniecznie odwiedzić Gietrzwałd, bo tylko tam można zjeść "dzyndzołki", "warmińskie prince" i popić doskonałym "psiwem" słuchając miejscowej kapeli.
Halo..., Gietrzwałd, zrobiłem wam reklamę. Szykujcie balangę dla "wybrańców narodu".

T
ego jeszcze nigdzie nie grali, a wymyśleć coś takiego mógłby jedynie dożywotni pacjent "psychuszki". Proszę uważnie przeczytać, co mają zrobić członkowie starego WSI, by znaleźć się w nowym. Cytuję - "muszą ujawnić komisji czy ujawniali tajemnice służby; czy wiedzieli o jakimś przestępstwie WSI; czy utrudniali postępowania karne, czy stosowali przemoc, czy nie zawiadomili o jakimś przestępstwie, czy wpływali bezprawnie na władze lub prowadzili tajną współpracę z przedsiębiorcą lub dziennikarzem. Mają ponadto ujawnić, czy tworzyli fałszywe informacje by ktoś był za to ścigany i czy bezpodstawnie kogoś pomawiali (ustawa wymienia 10 przestępstw)" - koniec cytatu. Obśmiałem się jak norka, bo już widzę te tłumy skruszonych tajniaków, jak jeden przez drugiego przyznają się do wszystkiego, byle tylko załapać się na nowe "państwowe". Albo ktoś jest bardzo głupi, albo napisał to po przedawkowaniu ulubionego napoju. Albo jeszcze inaczej - ktoś ma Polaków za kupę durni, a cała zawierucha skończy się jak zwykle tylko drobną zmianą szyldu i jedynie zmianą kierownictwa, czyli "swoich" zamienimy na "naszych". A co będzie z agentami, którzy "wypadli z pociagu"? Nic..., odejdą na zasłużone, wysokie emerytury albo zasilą wysoko płatne spółki i wszyscy razem możemy im tylko... nadmuchać. Dobry wódz nigdy nie gubi swoich wojowników (indiańskie).

K
ilka dni temu prasa podała, że rozpoczyna się kolejne majstrowanie przy ordynacji wyborczej. Czym się grzebanie w ustawie zakończy, jeszcze nie wiadomo, ale już rozlegają się głosy, że zmiana w ordynacji jest możliwa tylko po odpowiednich zmianach w Konstytucji, a zmienić tą ostatnią może tylko Zgromadzenie Narodowe. Czy ktoś jednak się zastanawiał, jak to się dzieje, że po każdych wyborach, na Wiejską przychodzą ci sami lub prawie ci sami? Czy ktoś się zastanawiał, dlaczego po zmianie rządzących z lewa na prawo czy też odwrotnie, życie zwykłego obywatela nie ulega poprawie, a kraj coraz bardziej popada w ruinę? Otóż to nie zależy od ordynacji wyborczej. Należy wreszcie zrozumieć, że wybieramy zawsze tą samą, czerwoną, pomidorową zupę, którą ugotowała wyselekcjonowana "opozycja" pospołu ze sprawdzonymi towarzyszami przy Okrągłym Stole. Musimy też wiedzieć, że podstawowymi składnikami tejże są pomidory, czosnek, arbuzy oraz rzodkiewki i to w sporych ilościach z ogromną przewagą dwóch pierwszych. Każde wybory po roku 1989, to serwowanie tej samej zupy i z tego samego okrągłego kotła, lecz podawanej w oddzielnych wazach, różniących się od siebie tylko nazwami partii na nich wymalowanych. Czy wybierzemy lewicę, centrum, prawicę, czerwonych, zielonych czy białych - czyli obojętnie z której wazy nabierzemy zupy, w talerzu zawsze będzie pływać ta sama czerwona, pomidorowa wyraźnie zalatująca czosnkiem. To właśnie dlatego wysmażono taką a nie inną ordynację wyborczą, którą zmienić może tylko Zgromadzenie Narodowe. Sprytne, prawda?

N
ajpierw była awaria rurociągu "drużba" gdzieś na styku Rosji z Białorusią. Potem rodzimi przeciwnicy rosyjskiej ropy, nawiercili dziurki w rurze i rozpoczęli prywatną eksploatację syberyjskiej ropy, a dzisiaj dowiadujemy się, że mogą być kłopoty z rosyjskim gazem. Polacy nie mogą dogadać się z rosyjskim Gazpromem, i nie chodzi bynajmniej o kłopoty językowe. Zaniechania poprzednich ekip - "blado niebieskich smerfów" i "czerwonych kapturków", zwane dla niepoznaki błędami, spowodowały, że Polsce pozostał tylko jeden zawór gazowy i akurat ten należący do "czerwonego brata", który na dodatek zabrał do siebie część zwaną kurkiem. Gdzieniegdzie słychać głosy pocieszenia, że posiadamy własne złoża gazu i to w wystarczającej ilości na pokrycie strat, ale naprawdę wygląda to tak, jakby głodny oglądał szynkę przez grubą szybę wystawy delikatesów. Niby jest, a zakąsić się nie da. Wyglada na to, że kartel energetyczny pieczołowicie budowany przez dwóch prezydentów i jednego kanclerza, zaczyna przynosić korzyści i to nie tylko finansowe, a ponieważ nasz "pierwszy" wolał balangi niż odrabianie zadanych lekcji, więc Polska zaczyna być karana i to coraz dotkliwiej. Pakt Ribbentrop-Mołotow obowiązuje w dalszym ciągu.

M
el Gibson zakończył karierę. No może jeszcze nie dziś, ale rozpoczął się początek jej końca. Twórca i odtwórca "Pasji" jechał sobie spokojnie z jedną ręką na kierownicy, z drugą na otwartej butelece tequilli przez bezkresne rubieże Kalifirnii i został przyłapany przez policję, która zarzuciła mu dwukrotne przekroczenie dozwolonej prędkości i jazdę w "pomroczności jasnej". Wszystko być może skończyłoby się szczęśliwie, gdyby aktor nie wpadł w pasję i nie wyrzekł słów, że "Żydzi są odpowiedzialni za wszystkie wojny na świecie". To już było "o jeden most za daleko", nawet dla amerykańskiej policji. Mógł spowodować wypadek, mógł nawet przejechać policjanta i Amerykanie z pewnością by mu wybaczyli, ale powiedział coś, o czym nie powinien był nawet pomyśleć. Tych słów prawdziwi "władcy USA i świata" nie wybaczą mu już do końca życia i umrze z etykietą antysemity. Mel Gibson jest skończony dla Ameryki i spokojnie może szukać pracy w Chinach lub w Iranie albo w muzułmańskiej części Filipin, bo nawet w polskim Holly-Łódź może jej nie dostać. Sic transit gloria mundi.

S
ąd Arbitrażowy w Moskwie ogłosił upadłość Jukosu, niegdyś jednego z największych koncernów naftowych w Rosji. Co to oznacza? Ano to, że największy koncern naftowy Wszechrusi przechodzi w inne ręce. Jeszcze jaśniej? Proszę bardzo. Już niedługo na drzwiach gabinetu szefa pojawi się nowa tabliczka z napisem - "Dyrektor Generalny Władymir Putin". Być może w gąszczu biurowych zakamarków koncernu pojawi się jeszcze jedna - z nazwiskiem byłego prezydenta Najjaśniejszej Rzeczpospolitej.

P
olskie media donoszą - "Opozycja powinna, jeśli uważa, że prawo stanowione narusza podstawowe prawa i wolności obywatelskie, być tą siłą, która zajmuje Trybunał Konstytucyjny badaniem zgodności tych ustaw - powiedział szef Klubu Parlamentarnego Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Jerzy Szmajdziński". Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że mówi to człowiek, który bedąc w rządzie wspierał Sejm, który uchwalił i wypuścił najwięcej prawnych bubli w historii polskiego parlamentaryzmu. Senat - ta maska dla toksycznych twarzy i przechowalnia nieudaczników - już dawno powinien tworzyć izbę prawną parlamentu, zabezpieczającą Sejm przed uchwalaniem ustaw tworzonych przez podpitych posłów i tworzącą pierwszą zaporę zabezpieczającą Sejm przed samoośmieszaniem, a Polskę przed ośmieszaniem na arenie międzynarodowej.

Z
acznijcie śledzić polski serial pod tytułem "Jak z rządu wykopano Zytę". To jest dopiero "prawda czasu, prawda ekranu". Ponieważ IPN odtajnił część dokumentów, więc sprawa może się toczyć częściowo wśród kamer i mikrofonów. Okazuje się że nie wszyscy esbecy, to hieny i wilki. Niektórzy z nich byli bardzo wrażliwi na ludzką krzywdę i wciągali ludzi na listy agentów tylko po to, by uchronić ich przed sobą. Na stwierdzenie sądu, że TW Beata wzięła (conajmniej dwukrotnie) wynagrodzenie za informacje, esbek stanowczo temu zaprzeczył. Wychodzi więc na to, że esbecy to nie głupi narodek i potrafili sprytnie dorabiać do "skromnych" pensji na TW, którzy faktycznie TW nie byli. Proceder ten kwitł i jeszcze kwitnie pod roboczą nazwą "branie na martwe dusze". Zwykły człowiek może dostać zamętu w głowie, bo w końcu Zyta była tym TW czy nie była. Szanowny, zwykły człowieku. Tu wcale nie chodzi o to, czy Zyta była TW, czy nie była TW, bo jak wszyscy wiemy, bycie czy nie bycie TW, wcale nie przeszkadza w obejmowaniu wysokich stanowisk w naszym państwie i to nawet prezydenta RP. Tu chodzi o to, że Partia Obrażonych musiała dokonać zemsty na swojej byłej gwieździe, bo Zyta była w PO najlepszym i jedynym ekonomistą oraz żelaznym kandydatem na Ministra Finansów, gdyby jej nie wyrzucono z partii przed wyborami. Jednak wybory wygrał PiS i podebrał chwilowo bezpartyjnego fachowca do swojego rządu. Było zatem więcej niż pewne, że Zyta zacznie wprowadzać w życie swój koncept finansów państwowych, a który miał być własnością tylko kaszubsko-krakowskiej drużyny. Tego zaś Partia Obrażonych już nie mogła zdzierżyć. Gorze jej - rzekł Donald, gorze jej - potwierdził Jan Maria. Porozumiano się więc z Rzecznikiem Interesu Publicznego, który dla odmiany jest własnością "czerwonych kapturków" i razem ruszono do ataku, który okazał się skuteczny. Żeby było ciekawiej, egzekucji dokonał ktoś trzeci. Noga premiera wykopała Zytę z rządu, a potem inna noga wykopała premiera. Głównym jednak celem było sparaliżowanie Ministerstwa Finansów, by utrudnić rządzenie wrogiemu PiS-owi i cel ten osiągnięto. Rządy w Polsce muszą być słabe, "aby Polska nie rosła w siłę a ludziom nie żyło się dostatniej".

J
acy są Polacy, o tym najlepiej wiedzą sami Polacy i to mieszkający w kraju. Jak nas odbiera zagranica, to już zależy od tego, kto i gdzie nas promuje, a nie wszystkim zależy na pozytywnym wizerunku. Polak jako pijak, nierób, złodziej i półinteligent, królował na zachodzie do czasu otwarcia granic dla szukających pracy. I nagle okazało się, że Polak zaczął być pracownikiem najbardziej poszukiwanym i bardziej cenionym od własnej siły roboczej. Polaka-złodzieja kreował między innymi pewien komediant, opowiadając jak to w Niemczech widział plakaty - "Jedź na urlop do Polski, twój samochód już tam jest" i nie był odosobniony w takiej "reklamie". Po wejściu do Unii obraz Polaka zmienił się na lepsze i nie pasowało to pewnej grupie, nie mogącej zapobiec tej zmianie. Skoro Polak nie jest pijakiem, nierobem i złodziejem, to niech zostanie przynajmniej wiejskim kmiotem. A w jaki sposób robić to najlepiej? Oczywiście poprzez media... Reklama w TV - Paniusia w sklepie, dźwięk telefonu. Grzebie w torebce, znajduje telefon i drze się na cały głos - "Mamusia? A skąd wiedziałaś, że jestem w sklepie?". Albo radiowa - "Gdzie parowóz? Wymieniliśmy na spirytus. A gdzie spirytus? Przepiliśmy. Media-Markt. Nie dla idiotów". Sa także inne metody pokazania naszego "debilizmu". Jedną z nich są szybkie teleturnieje TV - wygrasz 1000 zł odpowiadając na pytanie: "Jak nazywał się pierwszy cesarz Chin?" i od razu trzy odpowiedzi - Fiu-Bzdziu, Qin-Shihuang i Su-27. Odpowiedź prześlij SMS na numer taki i taki, cena połączenia 7,20 bez VAT (może idiota nie wie, że trzeba dodać 22%) itd. Albo radiowe konkursy o samochód. Atmosfera napięta i pytanie za samochód - "Ile zębów ma pająk?" lub "Co jest cięższe - kilo pierza czy kilo ołowiu?", chwila ciszy, odpowiedź i wybuch entuzjazmu. Przyznam, że oglądam i słucham tego z zażenowaniem, jednocześnie pytając siebie - komu zależy na tym by pokazać, że Polacy są takimi głupcami? Komu zależy na tym, by polska młodzież nie uczyła się historii własnego kraju? Komu zależy na propagowaniu rodziny typu M+M+D lub K+K+D, nie zaś M+K+D? Komu zależało na zdjęciu z anteny teleturnieju "Wielka Gra", który pokazywał Polaków inteligentnych, oczytanych z wiedzą wykraczającą poza przeciętną? Musimy sobie wreszcie uzmysłowić, że w Polsce działają siły, których jedynym celem jest propagowanie Polaka-pijaka, Polaka-złodzieja i Polaka-debila, bo na takim tle "oni" wypadają o wiele lepiej? Musimy zrozumieć, że ktoś "trzymający władzę" postawił sobie za główny cel, by Polak znaczyło tyle co parobek? Spytam naiwnie, kto to może być?