|
Dlaczego w Polsce nie będzie dobrze? To proste - nikomu z będących u władzy nie
zależy na narodzie czyli na zwykłym obywatelu. Mam tu na myśli każdy rząd, każdy
sejm i każdy senat, które zdążyły już "porządzić". Polska nie ma polityków z
prawdziwego zdarzenia i Polska nie
ma mężów stanu, a tylko mężów stan swojej "kasiory" liczących. "Klasę" zaś widać
po nieudolnych wypowiedziach i jeszcze bardziej nieudolnym działaniu. Przerost ambicji
to nieuleczalna choroba każdej, nawet kanapowej partii. Wszyscy z ambicjami królów,
wodzów, prezydentów, premierów i
dlatego nie ma nikogo, kto by posprzątał ten kraj z odchodów po poprzednikach.
Widać wzięli sobie do serca hasło "czyste ręce". Żaden polityk, żadna partia
polityczna nie ma nawet cienia wizji, jaką miałaby być Polska, za to "fonia" jest
podkręcona do maksimum, a przemowy przypominają czasy świetności jedynie słusznego
ustroju. Wszystkie wybory po roku 1989 były zwyczajną farsą. I nie ma
się czemu dziwić. Przeciętny Polak ma do wyboru albo miernotę albo "uczciwego inaczej".
Od ponad dwudziestu lat jest zmuszony wybierać "mniejsze zło".
Mieliśmy już "siłę spokoju", która okazała się "siłą zastoju". Potem z lasu wyłonił
się "czerwony kapturek", który chciał przechytrzyć wilka, ale nie zdążył, bo czas minął.
Akcja Wielkich Skandali
pokazała, że przeciętny docent umie trzymać kierownicę siedząc na tylnym fotelu
familijnego samochodu, a słynne "przywróćmy normalność" zrobiło z nas nienormalnych.
Polska polityka sięga już kolejnego dna. Odbijając się od niego co cztery lata
robimy to chyba za mocno, bo dno pęka i spadamy na kolejne. Partyjniactwo,
kumoterstwo, nabijanie własnej kiesy za wszelką cenę, wykorzystywanie pozycji
do załatwiania rodzinnych interesów jest "przywróconą normalnością".
Każdy poseł, nawet z "pierwszego tłoczenia", zasiadający w ławach po minięciu
pierwszego cielęcego zachwytu i oszołomienia zamienia się w panisko, któremu
wszystko wolno. Doskonale sprawdza się powiedzenie, że "człowiek czasem może wyjść
z wiochy, ale wiocha z człowieka nigdy".
Wybrańcy IV kadencji pokazali, że polityk może się przyjaźnić nawet
ze zwykłym łajdakiem. Skupienie gospodarki, finansów, energetyki, sprawiedliwości,
agencji od wszelkich przymusowych składek czy telewizji i prasy w wąskim gronie
partyjnych kolesiów czy wręcz oddanie bezpieczeństwa kraju pod kontrolę "byłego
przyjaciela" jest efektem rządów spadkobierców komunizmu. Nawet dzieci z "zachodu"
są świadome tego, że Polska nie ma służb specjalnych, bo to służby specjalne mają
Polskę, a w Polsce rządzi "Wsiorlen". Mówienie prawdy przez polityków przypomina
ostatnią czynność ręcznego programatora starej pralki "Frani", naszego hitu
technicznego rodem z PRL-u. Przed rozpoczęciem wyrzymania słyszymy - "u nas?
więzienia CIA? To potwarz i zniewaga" Pierwszy ruch korbą i już słychać "no...
lądowały jakieś samoloty w Szymanach, ale tylko w celu zatankowania", następny
ruch korbą i nowa pieśń " sprawdzimy, co się działo w Starych Kiejkutach". Korba do przodu
i - "no..., współpracujemy z CIA, ale to normalne". Poczekajmy
do końca wyrzymania. Niemiłe jest to, że ani rząd ani Prezydent nie mają zielonego
pojęcia o tym, co dzieje się w ich kraju. Z drugiej strony "służby" pójdą w zaparte,
a rząd nigdy się do takiego czegoś nie przyzna.
Od prawie ćwierćwiecza trwa grabienie majątku narodowego
i bezkarne, bo w świetle
prawa, ograbianie własnych obywateli. Niszczenie własnego narodu zapoczątkowali
prawicowi politycy pod patronatem "browaru Lech". Likwidując dawne PGR-y wyrzucono
na bruk i pastwę losu miliony ludzi utrzymujących się z państwowego rolnictwa.
Zamiast stworzyć spółki rolnicze utworzono Agencję Rozwoju Rolnictwa, pod której
płaszczykiem rozgrabiono ziemię i narzędzia pracy. Dalej poszło jak po maśle.
Kolejne rządy powielały błędy poprzedników i dokładały swoje, tworzono rządowe
agencje jedne po drugich byle tylko umieścić gdzieś swoje rodziny i znajomych.
Nie jest wcale tajemnicą, że jedyne agencje w Polsce, które przynoszą jakieś
dochody, to są agencje towarzyskie, w których politycy tylko bywają, nie zaś rządzą.
Cały polski naród ciężko pracuje, by utrzymać garstkę
darmozjadów, panoszących się
arogantów, rozbijających się państwowymi samochodami i samolotami za pieniądze
podatników. Co otrzymują w zamian? Nic, oprócz kabaretowych scen w parlamencie
i pijackich burd w różnych miejscach. Co trochę mamy blokadę dróg do mównicy
sejmowej (specjalność partii "Sam-00-Brona"), gdzie własną piersią bronią jej
dwie leciwe świeżo upieczone maturzystki wspierane pięściami boksera spod Słupska.
Pijany poseł na obradach sejmu to już nie
curiosum. Nie dziwota, bo ich prawo nie obowiązuje. Okowitę mają w tym samym budynku,
a więc w miejscu pracy. Widać tak dokonano falandyzacji ustawy, że wyszło iż
alkohol znajduje się ponad 100 m od fotela posła, czyli od jego miejsca pracy
więc tawerna sejmowa może prowadzić wyszynk.
Jak wyglądają obrady? Pokazuje "czwarta władza". Jeden mówi, dwóch-trzech
słucha, bo reszta jest zajęta odwiedzaniem sklepów, załatwianiem spraw w mieście
lub piciem ulubionego napoju w "Sejmowej". Wystarczy jednak na korytarzu krzyknąć
"atakują dzieci wypoczęte" lub "napadają nietolerowanych", a już sala się zapełnia i rozpoczyna
się występ pajaców jak w podrzędnym cyrku. Dlaczego nie wprowadza się kary obcięcia
"dniówki" za nieusprawiedliwioną nieobecność lub za obecność w stanie
uniemożliwiającym normalną pracę, czyli po przedawkowaniu ulubionego napoju?
Coś pan zgłupiał?... Sami sobie?
Nie mogę także zrozumieć bałaganu panującego w tej szacownej instytucji, która nam
maluczkim serwuje "wielkie" prawo. Dlaczego wszystkie podróże służbowymi samochodami
nie są rozliczane w kancelarii sejmu? Czy aż tak kłopotliwe jest wprowadzenie karty
pracy pojazdu służbowego? W takiej karcie kierowca winien wpisać stan początkowy
licznika przed rozpoczęciem podróży, wpisać cel podróży, a po jego osiągnięciu znów
spisać stan licznika i dać do podpisu użytkownikowi, czyli panu posłowi. To samo
w drodze powrotnej. Jeśli pan poseł zboczył z drogi na
ulubioną golonkę z żytnim kompotem o jakieś 300 km, to niech płaci za
prywatną zachciankę.
Swego czasu wprowadzono ustawę o samorządach terytorialnych.
Ustawa dobra, ale cóż
z tego, kiedy samorządy jednocześnie pozbawiono pieniędzy przez nie wypracowanych.
Utrzymujcie sobie szpitale, szkoły, koleje, a pieniądze jakoś sobie załatwcie.
Zrobiliśmy krok naprzód i przeszliśmy do gospodarki folwarcznej, gdzie partyjni
ekonomowie bacznie pilnują,
by wszystko co wypracuje głupi naród w całości doszło do stolicy.
Tym prostym sposobem wdeptano w ziemię polską służbę zdrowia, która już prezentowała
wysoki, europejski poziom. Po co utworzono NFZ? Po to by mieć kontrolę nad wszystkimi
pieniędzmi, które jako haracz muszą płacić obywatele. Na co płacą? Na nierobów i
urzędasów, którzy zaczynają już nawet prawnie ograniczać liczbę leczonych. Raka
leczymy tylko do 65 roku życia, za operację na otyłych szpital płaci za każdy
ponadnormatywny kilogram, jeśli pacjent na OIOM-ie nie przeżyje 12 godzin szpital
nie dostanie pieniędzy za próbę ratowania życia. Śmiać się, płakać czy może od razu
umierać? Takich "pomysłów" jakie ma nasz Narodowy Fundusz Zgonów, by nie płacić
szpitalom, nie znajdziemy na całym świecie. Na dzień dzisiejszy jest to jedyna
w świecie instytucja która w prawnie usankcjonowany choć zawoalowany sposób,
dokonuje eutanazji na narodzie. Fundusz też wielkiego obrońcę w samym Ministrze zdrowia,
który spytany o wydatki NFZ na cele nie związane z leczeniem wyksztusił, że to tylko 1%
funduszowego budżetu. Zapomniał bidulek dodać, że to tylko czyste pensje. Z
pobieżnych wyliczeń to około 350 milionów złotych. A gdzie inwestycje w biura? Skąd
pieniądze na drogie samochody dla swych urzędasów? Z jakiego funduszu wypłacają
sobie nagrody, na które przeciętna rodzina musi pracować latami?
Druga hydra, która zżera państwowe pieniądze, to
rozbuchana do granic możliwości
kasta "urzędników" państwowych. Chyba dla zasłony dymnej utworzono szkołę
takich urzędników, bo w urzędach królują same konsorcja partyjno-rodzinne,
znajomi i znajomi znajomych. Za co biorą pieniądze? Za picie kawki, za oglądanie
bzdur w internecie, za plotkowanie i załatwianie spraw dla siebie i znajomych. Jak się
wydaje, w naszych urzędach państwowych nawet sprzątaczka musi mieć sekretarkę.
Ba, sprzątaczka musi mieć nawet średnie wykształcenie, ale dyrektor już nie.
Zwykły obywatel jest praktycznie bezbronny wobec "widzimisię" byle jakiego urzędasa.
Czy ktoś już widział, żeby polski urzędnik załatwił sprawę "od ręki". He, he, he. Terminy
są tak ustawione, by urzędas mógł obdzwonić całą Polskę i dowiedzieć się jak
sprawę się załatwia.
Dlaczego przez ponad 20 lat nie wprowadzono tzw.
ścisłych etatów dla urzędów
państwowych obwarowanych wykształceniem i poza którym nie wolno zatrudniać
większej ilości urzędników? Dlatego, by móc zatrudniać "swoich", tę sforę
niewykształconej miernoty, która nigdzie indziej nie znalazła by pracy. A tu
jak za dobrych czasów - "czy się stoi czy się leży...". Instytucja wojskowa od
lat wyśmiewana za hierarchiczny i "średniowieczny" sposób zarządzania, posiada
etaty (przynajmniej na niższych niż MON szczeblach) i nie wolno zatrudnić nikogo
więcej poza etatem. Czy nie warto powielić tego prostego systemu na urzędy, a
szczególnie urzędy najwyższe? Brak tzw. "etatu", gdzie stanowisko jest obwarowane
określonymi warunkami, jest w pierwszym rzędzie przyczyną układów i układzików w
urzędach państwowych.
Dlaczego urzędnicy wysokiego szczebla nie posiadają
kompetencyjnego zakresu obowiązków?
Dlatego, by mieć tysiąc powodów do niewykonywania obowiązków, a przede wszystkim
dlatego by nie postawić im zarzutu niedopełnienia obowiązków.
To dlatego najwyżej
cenioną umiejętnością jest parzenie kawy. Dziś urzędy państwowe, to rodzinne
gospodarstwa pomocnicze na usługach rządu. Dlaczego do dziś nie wprowadzono zapisu
w kodeksie administracyjnym, że każdy urzędnik państwowy jest odpowiedzialny
materialnie w pełnym zakresie za zaniechanie decyzji lub wydanie błędnej, która
spowodowała straty materialne petenta? Marzenia... Nikt tego nie wprowadzi, bo
w pierwszym rzędzie uderzyło by to w nadinteligentnych posłów, gdyby musieli
płacić za straty spowodowane uchwaleniem każdego prawnego bubla. A może nie
wprowadza się dlatego, by kandydatów na posłów nie musiano wyłaniać w ulicznych łapankach?
A co z Senatem? Jak sięgam pamięcią był to prawie hymn wypisany na partyjnych
sztandarach. I co? Jak zwykle nic. Postulat zawsze ginął w powodzi bardziej
"pilnych" spraw. A przecież nikt nie chce go likwidować. Trzeba tylko zmienić
charakter tego "przetrwalnika" i zamienić go w "izbę prawną" parlamentu. Niech
zasiądzie w nim 100 prawników o wysokich kwalifikacjach i niech tworzą pierwszy
stopień na schodach do Trybunału Konstytucyjnego. Takie sito na pewno zabezpieczało
by Sejm przed publicznym ośmieszaniem się, a zwykłych ludzi przed urzędową udreką.
To jest jednak niewykonalne, bo
gdzie podzieją się partyjni kolesie, których wstydem i hańbą dla partii jest
umieszczenie ich w Sejmie?
Po to by zyskać wyborców każdy polityk jest zdolny nawet
do "zmiany poglądów". Lewica
utraciwszy "klasę robotniczą" coraz chętniej kokietuje tzw. "chorych" lub "kochających
inaczej". Pod przykrywką tolerowania tolerancji zaczyna się zezwalać na
propagowanie trybu życia, którego celem jest także zmniejszenie liczebności narodu.
Przecież "homogenizowani" nie urodzili się wczoraj. Żyją wśród nas od samego
początku i jakoś nikt ich nie bił, nie szykanował. W imię czego rozdmuchuje się
problem? W imię czego jątrzy się naród? Czy dlatego, by społeczeństwo nie zwracało
uwagi na naprawdę ważne sprawy? Po to by zagłuszyć siermiężną codzienność, bezrobocie,
problem bezdomnych? To oprócz
działań NFZ też sposób na zmniejszenie populacji narodu. Kłótnie o "becikowe" są
tematem zastępczym, obliczonym na poparcie najbiedniejszych wyborców, a nie na
faktyczną pomoc dla matek. Ten problem, to przecież problem samorządu, ale problem
nierozwiązalny, bo pieniądze samorządów zabiera i dzieli rząd w Warszawie. "Becikowe"
dla matek zamienia się w "bacikowe" dla kas samorządowych.
Ja, jako normalny obywatel od kilku lat korzystam z
prawa nieuczestniczenia w
wyborach. Po pierwsze, nie powstała jeszcze partia, która miałaby program
choć w minimalnej części służący naprawie państwa, a po drugie mój głos nic nie
zmieni, bo i z prawa i z lewa nie ma nikogo zasługującego na zaufanie. Wszyscy
głosują za zmianami, ale już na pierwszym posiedzeniu sejmu widać znowu te same
twarze, tyle że z "kolejnego tłoczenia", te same wyświechtane hasła i te
same problemy. Jak zwykle, polska racja stanu to nic innego jak problem aborcji,
becikowego, ślubów "kochających inaczej" czy podwyżki lub zasłużone emerytury dla
samych posłów. Powyborcze zmiany polegają tylko na zamianie miejsc, a co za tym idzie na
wymianie 460 tabliczek "wybrańców" i zmianie 460 obić na fotelach, które zreszta
nie są aż tak wytarte. Tam gdzie
pachniało "whisky" pojawi się zapach "wyborowej", tam gdzie unosił się partyjny
"Old Spice" powieje innym "Adiekałonem" i na tym zmiany się zakończą. Tłumaczenie,
że Polacy są zmęczeni polityką jest wierutnym kłamstwem obliczonym na samouspokojenie.
Polacy są zniechęceni brakiem wpływu na wybieranych, bylejakością każdej kadencji,
nieudolnością i arogancją posłów, a przede wszystkim ich pazernością na pieniądze
zarabiane za nicnierobienie.
Ostatnie wybory, to wypisz, wymaluj mickiewiczowskie "już był w ogródku, już witał
się z gąską".
 |
| Sukces III RP... |
Tandem kaszubsko-krakowski finiszował wspaniale, ale fotokomórka
pokazała coś innego. Głupi Polacy jak zwykle zagłosowali nie tak, jak im
podpowiadały "obiektywne" sondaże i tak narodziła się Partia Obrażonych, która
natychmiast znalazła winnego porażki. To on..., to Rydzyk i te jego oszołomy w
moherowych beretach z Radia Maryja. No, mości panowie..., a Rydzyk to nie obywatel?
Rydzyk to nie Polak? A te jego oszołomy w moherowych beretach to nie Polacy? Czy dlatego,
że z Radia Maryja słychać kłopotliwe pytania należy ich zakneblować? Czy dlatego,
że na falach eteru pokazuje się polskie bagno należy zamknąć rozgłośnię? Czy dlatego
chcielibyście im zabronić głosować, bo nie wybrali Was?
A Wy mości panowie kim jesteście?
Wysłodkami Unii Wolności? Filią Dermokraci.pl? Czy może Magdalenką-Bis? Przegraliście,
bo chcieliście nadal leczyć wrzód okładami zamiast go przeciąć. Wy też chcieliście
zakryć szambo parawanem, posadzić jaśmin oraz spokojnie i wygodnie prześlizgnąć się przez
następne cztery lata. Nie wyszło i teraz ramię w ramię chcecie iść z "czerwonym kapturkiem"
pomścić urażoną dumę. Sygnał jest jasny - Naród jest niczym, wszystkim jesteśmy
My. Czy stojący w domu na widocznym miejscu kawałek starego styropianu oprawionego
w ramki Was do tego upoważnia?
Polaku nie smuć się, będzie jeszcze gorzej. Jeśli ta
kadencja potrwa całe cztery lata,
to trzeba doliczyć jeszcze ze dwie przyczajone partie, które jeszcze nie "rządziły"
Rzeczpospolitą i wychodzi 12 lat życia o głodzie i smrodzie. Czy dożyjemy lepszych
czasów? Nie, bo chodzenie po bagnie wciąga. Wdepnęliśmy w takie gówno, że
może nas uratować tylko zmiana obuwia na nowe. Patrząc na to wszystko zaczynam
rozumieć Piłsudzkiego, a słuchając niektórych politykierów zaczynam być za aborcją.
"Demokracja jest najgorszym z możliwych ustrojów bowiem są to rządy hien nad
osłami"
Arystoteles
|